Deseczki pod kalendarz zwykle robi się na przełomie roku, więc i u mnie ich nie zabrakło. Część sprzed Świąt, a kilka całkiem nowiutkich, jeszcze pachnących lakierem:) Tym razem nie były leniwie oklejane po całości, trochę się postarałam;D
To już moje stare zestawienie wzorów, ale bardzo je lubię:

A w tej podoba mi się tło i powojniki:)

Ta mi się nie za bardzo podoba – zbyt różowa i słodka:

Następne są świeżutkie. Taka kocia na „paćkanym”:)) tle. Kotkom domalowałam futerko i wąsy.

A ta przecierana, inspirowana moim cebrzykiem:

I zbliżenie tealightowych przetarć dla Grażynki:*

Ta jest próbą wybrnięcia z sytuacji, gdy coś nie wyszło;). Miały być duże spękania brązowe na beżowym. Jak widać ze spękań wyszły nici, warstwa farby (w sprayu) była tak gruba, że nie dała się zeszlifować, więc pomysł trzeba było zmodyfikować. Różyczki, które bardzo lubię (choć pierwszy raz w wersji żółtej) plus szablon i patynowanie brzegów. Przy okazji – zawsze patynuję brązową farbą, bez problemu można zmyć, jak się nie udało i lakierować akrylem. Patyny olejnej nawet nie posiadam. Na razie dobrze mi z tym:)

Spodobała się mojej starszej córce, a od niej rzadko słyszę pochwały, więc jest to tym bardziej cenne:)

I jeszcze jedna, która właściwie powstała w zeszłym roku i mimo że podobała mi się najbardziej, okazała się porażką. Po prasowaniu pozostało wyraźnie widoczne zgięcie serwetki, szlifowanie tylko pogorszyło sytuację i musiałam wymyślić coś, żeby to zasłonić. Po rodzinnej burzy mózgów zrobiłam tak:

Nie jestem zadowolona, ale deseczka chyba została uratowana;)

Tyle o deseczkach. Mam jeszcze zaległość w temacie puzzli – dawno skończone i nawet sprzątnięte.

Małe nie są: 121 x 80 cm, 3000 elementów. Ale to akurat najłatwiejsze, układałam je już wielokrotnie (bo mam je od kilkunastu lat:)). Obiecałam sobie, że po feriach wezmę się za trudniejsze, bo sprawiło mi to naprawdę dużo radości.