John M.

Dzisiaj chciałam podzielić się swoimi refleksjami z piątkowego koncertu Johna Mayalla. Szczerze mówiąc, początkowo byłam nawet sceptycznie nastawiona do samego pomysłu. Spodziewałam się raczej, że będzie nudno i męcząco. Muzyka świetna – z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale… John Mayall ma 84 lata.

I rzeczywiście na scenę wyszedł z lekkim trudem „mocno” starszy człowiek. A potem… przez prawie 2 godziny uśmiech nie schodził mi z twarzy, nogi same podskakiwały i patrzyłam z zachwytem. Artysta śpiewał, grał na klawiszach, gitarze i harmonijce ustnej (genialne!). Nie było żadnej przerwy, ani razu nie wychodził „na tlen” (jak dużo młodszy Rod Stewart), a zaraz po zejściu ze sceny podpisywał płyty na korytarzu (przed samym koncertem również).

Poza samą muzyką mój zachwyt wzbudziła jego niesamowita energia. I tak właśnie sobie myślałam: jest w wieku naszych rodziców; z pewnością, zwłaszcza w młodości, nie prowadził „sportowego” trybu życia; obecnie koncertuje prawie codziennie w innym mieście. Ja chyba nie miałabym siły na jeden taki koncert, o rodzicach nawet nie wspominam. A ile radości było w tym graniu! Czy to pasji zawdzięcza tyle siły? Kocham ludzi z pasją:)

Znalazłam w sieci nagranie z tego koncertu – niezbyt dobre, ale oddające ducha. No i nawet podczas oglądania tego kawałka uśmiecham się i nóżka sama chodzi:DDD

A teraz czekam niecierpliwie na Stinga:)

Wielki smutek

Z wielkim żalem przeczytałam dziś wiadomość, że odeszła Wisława Szymborska, wspaniała poetka i wielki człowiek.

Zawsze wzrusza mnie ta piosenka:


Układam

Tak, układam puzzle. Pisałam kiedyś, że lubię:) Miałam aż 2,5 roku przerwy, ale w te święta postanowiłam wreszcie zrobić sobie tę przyjemność. Nie zrobiłam zdjęcia na samym początku, bo ciągle była brzydka pogoda i zbyt ciemno na zdjęcia. Tyle miałam w Nowy Rok rano:

Oczywiście nie spędzam całych dni na układaniu:) Tylko tak trochę, z doskoku, czasem popołudnie lub wieczór, choć przy sztucznym świetle kiepsko widać szczegóły i kolory. Nowy Rok był pięknym dniem i sporo w ciągu niego przybyło:

Puzzle są duże, mają 3000 elementów, ale są to jednocześnie najłatwiejsze tak duże z tych, co posiadam. Dlatego mam nadzieję, że nie będą bardzo długo leżały na podłodze;)

Dziś jest tyle:

Świetny relaks, choć kręgosłupowi zdecydowanie nie służy:D No to idę się trochę zrelaksować:)))

To lubię

Już dość dawno zostałam zaproszona przez Galaxię do tej zabawy. Chyba wszyscy brali w niej udział:). Chociaż upłynęło sporo czasu, nie zapomniałam o niej, a wprost przeciwnie – dużo na ten temat rozmyślałam. I to chyba jest największy plus tej zabawy, pewnie zupełnie nie zamierzony przez twórcę. Jakże często w codziennej gonitwie zapominamy o całkiem małych wielkich przyjemnościach:). I tak:

1. Lubię właśnie myśleć, przemyśliwać, analizować, zastanawiać się, szukać sensu. I mam wielkie szczęście, że mogę i chcę to robić, że nie pędzę, że zyskuję i tracę czas, bo zawsze jest to kosztem czegoś. Ale daje wewnętrzne bogactwo, które tracimy w ciągłym biegu.

2. Lubię wszystko robić własnoręcznie, uczyć się, próbować. Uwielbiam tworzyć. Największą przyjemność sprawia mi, kiedy zrobię coś sama, nawet jeśli to nie będzie mistrzostwo świata, choć zawsze się staram:). Kocham decoupage, szycie, haftowanie, plecenie, dzierganie, gotowanie i pieczenie, projektowanie wnętrz, a nawet malowanie ścian. Wszystkiego chcę spróbować. Chciałabym, żeby zostało po mnie coś materialnego, dowód, że tu byłam…

3. Lubię łamigłówki, zagadki, puzzle, sudoku (krzyżówki w młodości) i…teleturnieje wiedzowe. Namiętnie od początku oglądam „Jaka to melodia”. Lubię matematykę i rozwiązywanie zadań.

4. Lubię patrzeć na piękne rzeczy. Nie muszę ich wcale posiadać, nie choruję na „mieć”. Mogą to być przedmioty, ubrania, obrazy, widoki. Po prostu lubię to, co piękne.

5. Lubię rośliny. Choć mam malutki ogródek, nie sprawia mi przyjemności praca w nim. To nie „grzebanie w ziemi” daje mi radość, a patrzenie na rośliny, dotykanie ich. Uwielbiam zwiedzać ogrody botaniczne, a szczególnie oranżerie. Zwykle zbyt szybko musimy stamtąd wyjść, zanim się dobrze napatrzę, ale Pan Mąż dobrze zna tę moją słabość i zawsze znajdzie jakiś ogród do obejrzenia (w niedzielę piękny w Barcelonie:)). Od jakiegoś czasu fascynują mnie drzewa, ale takie zimowe, bez liści. Uwielbiam podziwiać ich różne kształty zza szyby autobusu czy pociągu. Myślę o uwiecznianiu ich na fotografiach…

6. Uwielbiam herbatę. Czarną, zieloną, a zwłaszcza czerwoną (tylko białej nie). Herbata dodaje mi energii albo uspokaja. Tylko gorąca herbata gasi pragnienie latem. Dla mnie herbata to napój bogów:D

7. Lubię muzykę, zwłaszcza poważną. Bardzo lubię też poezję śpiewaną, smooth jazz, ale i stary dobry rock:)

8. Lubię moje mieszkanie. Dobrze się tu czuję i wcale nie chce mi się stąd ruszać. Wszystko tu wymyśliłam – od ścian, przez meble, do najdrobniejszych dekoracji. Wymyśliłam kolory – w sypialni na życzenie Pana Męża musiałam po jakimś czasie zmienić, ale obecne żółto-pomarańczowe przecierki też zrobiłam sama:) – sama pomalowałam całe mieszkanie. To jest moje miejsce i w każdym kąciku mnie widać  – no może poza pokojami moich córek, a zwłaszcza młodszej, tzn. widać mnie tam, jak jest porządek:P. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś aranżował moje wnętrza – z pewnością byłyby modne i eleganckie, ale nie byłyby moje.

9. Lubię porządek. Lubię, kiedy wszystko jest poukładane, zaplanowane i ma swój rytm.

10. Lubię jeszcze mnóstwo rzeczy, nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak dużo ich jest:). I właśnie takie przemyślenia pozwalają spojrzeć na siebie trochę z boku, uświadomić sobie pewne rzeczy. Nie służą tylko bliższemu poznaniu nas przez innych. Są ważne dla nas samych.

Nie wyznaczam już kolejnych osób, zapraszam po prostu wszystkich, którzy mają ochotę nieco się zastanowić:).

I jeszcze to, co lubię w pigułce, tzn. w zakładce:). Czytanie, decoupage, kwiaty, ładne rzeczy i sympatyczne osoby. Tę zakładkę zrobiłam specjalnie dla bardzo miłej Pani Ani. Pozdrawiam.


 

 

Koniec!!!

Nareszcie skończyłam. Dwa dni temu zawzięłam się i ułożyłam do końca niebo. Byłoby gotowe dawno, ale ostatnie pochmurne dni nie sprzyjały układaniu jednolitych płaszczyzn. Różnice odcieni widać jedynie w pełnym słońcu. Zbliża się urlop i trzeba wreszcie skończyć z tym bałaganem :-). Teraz mam na jakiś czas dosyć.  A swoją drogą, fajne domki, mogłabym tam mieszkać. Właśnie jedziemy tam na urlop i może zobaczę te domy na własne oczy i zrobię takie piękne zdjęcie, już nie w 2000 kawałków:-).

Koncert

Wczoraj byłam na koncercie Kenny’ego G. Słucham go od kilkunastu lat, to trochę takie romantyczne granie „dla bab”. Ale fajne, mnie się podoba. Jeśli ktoś nie zna, a lubi smooth jazz, polecam. Niewiele by brakło, a bym nie poszła. Pan Mąż spokojnie służbowo wyjechał, bo koncert dopiero we czwartek (wg biletów). Wczoraj przed południem nagle dzwoni, że w gazecie wyczytał, że koncert we wtorek. Niestety, informacja się potwierdziła. Żal zmarnować okazję (następnej może nie być) i trzeba było szybko znaleźć kogoś na miejsce Pana Męża. Z ochotą zgodziła się młodsza córka i nie żałowała. Było świetnie, choć przykro, że tylko ok.2/3 sali zapełnione, zwłaszcza, że chodził po sali i widział:-(. Myślę, że to głównie przez tę zmianę terminu. Grał fantastycznie i okazał się całkiem sympatycznym człowiekiem. A jego zespół to też wspaniali muzycy. Naprawdę dali z siebie wszystko. Warto było.