Broszkowe szaleństwo

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego postu przedstawiam efekty szaleństwa, które mnie jakiś czas temu dopadło. Na szczęście trochę już przeszło, bo skończyłoby się górą niepotrzebnych rzeczy. Poprzestałam na razie na „pagórku”, czyli około 20 sztukach. Część zagospodarowałam, a reszta czeka na coś…?:)

Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłam ozdobić sobie moją ślimakową czapkę. Wzór na kwiatek znalazłam tu.


Czapka wyszła fajnie.

Kwiatek robi się szybko i bardzo przyjemnie, a u mnie są całe kartony resztek włóczek, więc w ramach relaksu szydełkowałam dalej:)

To nie wszystkie – była jeszcze bordowa, którą podziękowałam mojej przemiłej sąsiadce, Pani Mirze, za pyszne faworki:) Kilka następnych czeka za pozszywanie. A dwie inne wykorzystałam do podpięcia firanki w mojej pracowni:)

Na razie dam sobie spokój z tym szaleństwem:), ale może wymyślę inne, bo szydełko bardzo relaksuje – zwłaszcza, kiedy robi się całkiem niepotrzebne rzeczy;)))

Nicnierobienie

Decoupage ostatnio mi nie idzie:( Straciłam troszkę radość, a co za tym idzie – i ochotę. Potrzebuję jakiejś odmiany. Przez tyle lat robiłam mnóstwo różnych rzeczy, nie miałam żadnych terminów i przymusu. Minęło 5,5 roku mojego dekupażowania i zabrakło mi tej wolności… Z ciągłymi wyrzutami sumienia (całkiem bez sensu, bo przecież nadal „nie muszę”), wracam chwilami do dawnych przyjemności.

Na przykład postanowiłam znów szyć. Na pewno nie na taką skalę jak kiedyś, ale od czasu do czasu. Załamałam się, kiedy w nic nie mogłam się wcisnąć… Prawdopodobnie powrotu do „wyjściowych” wymiarów już nie będzie, więc trzeba pogodzić się z wymianą zawartości szafy:( W sklepach nic na mnie nie pasuje albo mi się nie podoba, albo nie potrzebuję takich rzeczy, jakie tam są… Na razie uszyłam sobie trzy spódnice, domową sukienkę, bluzkę dla córki, fartuszek kuchenny i torbę na zakupy:) Jeszcze nie zrobiłam zdjęć, więc nie pokażę. A wczoraj zdecydowałam się kupić sobie znowu BURDĘ, pierwszą od 6 lat! Mam już kilka pomysłów:)

Ale moje nicnierobienie jest w tej chwili mniej związane z szyciem, a więcej z szydełkiem. Kilka miesięcy temu wyprowadziła się „na swoje” moja córka i jej dotychczasowy pokój stał się moją pracownią. Wprowadziłam tu bardzo duże zmiany przy niewielkich kosztach. Pokój jeszcze nie jest skończony, więc też na razie nie pokażę, ale zmiany są na tyle duże, że ostatnio córka stwierdziła, że to nie jest już jej pokój. No tak – to jest mój pokój;)))

A wracając do szydełkowania: zainspirowana przez Mirę z Poukładanego Świata zrobiłam sobie do mojego pokoju poduszkę.

Poduszka jest dwustronna, zrobiona z resztek, więc kombinowałam tak, żeby starczyło:) Nauczyłam się stąd. Bardzo podobało mi się to dzierganie, a włóczkowe poduszki po prostu uwielbiam:) Oto druga strona:

Zdjęcia takie sobie, ale poduszka jest duża i fajna:) Mam ochotę zrobić sobie jeszcze jedną, ale inną.

Z szydełkowych rzeczy, ale do jadalni, zrobiłam kiedyś liliową serwetkę. Taką:

Kolor na zdjęciach nijaki, ale serwetka naprawdę jest liliowa. Kupiłam kiedyś kilka motków liliowej bawełny, żeby zrobić podkładki pod talerze. Próbowałam wielu wzorów, ale nic mi się do końca nie podobało, więc na razie postanowiłam zagospodarować nici w inny sposób i tak powstała ta serwetka.

Rozpisałam się, a nie doszłam jeszcze do sedna sprawy, czyli mojego obecnego szydełkowania. Ponieważ zdjęć jest dużo, zostawię to więc na następny post, a teraz tylko mała zajawka:

To tylko trochę na początek:) Wciągnęło mnie – świetny relaks:)

Efekt machania

Myślałam, że już pozamiatane i z tym postem nie zdążę. Wczoraj w moim ogródku zakwitły krokusy, a ja rozpoczęłam uroczyście;) sezon mycia okien. A dziś? Klapa na całego – śnieg sypie jak na Boże Narodzenie;) Z dalszego pucowania okien nici, więc pokażę efekty machania drutami. Na taką pogodę akurat:)

Efekty może nie są spektakularne (właściwie to na pewno nie są), ale tak naprawdę w tym wszystkim chodzi o coś zupełnie innego. Druty miały zadanie terapeutyczne i doskonale się z niego wywiązały. Jakiś czas temu pisała o tym Mira. Właśnie wtedy byłam świeżo po moim dzierganiu i mogłam się pod tym podpisać obiema rękami.

W ramach odpoczynku od decoupage’u postanowiłam sobie wydziergać komin z resztek włóczki pozostałych po kardiganie córki

Nic wielkiego;) Robiony ściągaczem patentowym na drutach nr 9. Prułam ze 3 razy, bo albo był za szeroki, albo za wąski. Prułam i byłam szczęśliwa:))) Naprawdę! Bo nie chodziło wcale o komin, a o przyjemność pomachania drutami. Tak po prostu:) Przyda mi się ten komin do czekoladowej kurtki, ale bez niego też żyłam;) Żadnego przymusu – bezcenne!

Komin wygląda fajnie, ale na mrozie zupełnie się nie sprawdza w tej roli, bo jest zbyt „dziurawy”. Za to jest doskonałym szyjogrzejem i to mi bardziej pasuje, bo gardło mam wrażliwe;)

Ponieważ nadal nie miałam nic na głowę (a we wszystkim wyglądam fatalnie), machnęłam sobie czapkę ślimakową.

Też kilka razy prułam i ostatecznie mogłaby być ciut dłuższa, ale i tak jestem zadowolona. Prawdą jest to, co czytałam na innych blogach – czapka jest naprawdę twarzowa i nawet ja w niej jakoś wyglądam;)

Jak się tak rozpędziłam w tym machaniu drutami, to córce też zrobiłam czapkę.

Właściwie zeszłej zimy zrobiłam śliczną czapunię w tym samym kolorze, całą w warkocze. Narobiłam się trochę;) Ale jak to zwykle z młodzieżą bywa – czapki nosi głównie w kieszeni;) No i na początku tej zimy czapka zaginęła. No nie ma! To zrobiłam drugą, już zdecydowanie prostszą. Ale jest miękka i dość obszerna, więc nawet fikuśnie upięte włosy się mieszczą. Ta czapka zdecydowanie częściej jest na głowie niż w kieszeni (może przez tę zimną zimę:))

Tyle drucianych nowości na razie, może kiedyś przyjdzie czas na zaległe starocie:)

Wiosenny kardigan

Troszkę z opóźnieniem, ale melduję, że wiosna u mnie już jest. Mam na to dowody:)

No i tak jak się obawiałam, nie zdążyłam ze swetrem córki na zimę, jest na wiosnę:D Pewnie też się przyda. 

Sweter pokaźnych rozmiarów, stąd i robota długo trwała. Inspiracją był ten model, ale sweter robiony jest „z głowy”. Włóczka to turecka „Angora Batik”, zużyłam ok.450 g, druty nr 4. Włóczka jest mięciutka, lekka, świetnie się dzierga, ale obawiam się, że szybko się zmechaci:( Córka sama ją sobie wybrała, więc jej się podoba, ale ja osobiście nie przepadam za cieniowanymi włóczkami. Ten model z pewnością lepiej wyglądałby zrobiony z włóczki grubszej i gładkiej (jak w oryginale).

Sweter ma wrabiane kieszonki (nie, to nie mój pierwszy raz;))

No i jest fajny:DD


 

Poszalałam dziś ze zdjęciami;) 

Inne bombki

Dekupażowa bombka to porażka, ale kilka lat temu zrobiłam bombki dziergane. Dwie z nich zrobiłam na drutach. Są robione na okrągło na 5 drutach. Mniej więcej w połowie dziergania należy włożyć bombkę do środka i dalej robić naokoło. To dosyć żmudne i niewygodne, ale chyba efekt wart zachodu :).

Zrobiłam też dwie bombki szydełkowe. Pierwszą, najładniejszą, w kolorze koralowym podarowałam mojej miłej sąsiadce i nie przyszło mi do głowy, żeby wcześniej uwiecznić ją na zdjęciu. Szkoda, ale może kiedyś jeszcze sobie zrobię taką samą.

Na drugiej testowałam cienkie, złote, tureckie nici – nie robiło się nimi najlepiej – haczą się i „rozkręcają”.

Wszystkie wzory pochodzą ze specjalnych, robótkowych wydań BURDY.



Szydełkowy bieżnik

Udało mi się wreszcie skończyć szydełkową serwetkę. Właściwie to tylko dzięki wyjazdom, bo w domu nie mam na to czasu (tzn. wolę decoupage). Pokazywałam już jej fragment z błędem. Udało się to w miarę bezboleśnie naprawić. W oryginale są 3 x 3 elementy, ale ponieważ miałam dużo nici i raczej potrzebuję czegoś większego na ławę – zrobiłam z tego bieżnik. Mógłby być jeszcze większy, ale na tyle to już nici nie starczy. Robiłam po raz pierwszy nićmi Maxi w kolorze kremowym. Nie jestem zbyt zadowolona. Robiło się bardzo przyjemnie, ale w praniu serwetka się skurczyła i stała bardzo sztywna, trudna do naciągnięcia. No i kolor też nie najlepszy. Taka nieświeża biel. Na przyszłość lepszy będzie kolor biały albo ecru – to takie moje odczucia. Serwetka składa się z wielu łączonych elementów – może to wygląda efektownie, ale zdecydowanie nie lubię takich robić – ta masa nitek do wciągnięcia! No i jak się nie spodoba, to spruć nie można, bo same skrawki nici zostają (tu dają o sobie znać moje poznańskie naleciałości ;-)).

Złośliwość rzeczy martwych

Jako przerywnik w dekupażowaniu postanowiłam trochę poszydełkować. Specjalnie kupiłam nici i wyciągnęłam starą ANNĘ, w której od początku podobała mi się pewna serwetka. Od początku, czyli od 18 lat, bo ANNA jest z 1991 roku (niemiecka). Naczekała się, bidula, ale wreszcie jej czas nadszedł. Składa się z 9 tych samych dużych motywów i 4 małych. Nie lubię właściwie robić takich serwetek, bo to nudne i potem dużo nitek do zaszywania, ale obiecałam sobie, że kiedyś tę serwetkę zrobię. Nawet zastanawiam się, czy nie dodać jeszcze kilku rzędów, żeby wyszedł bieżnik, bo chyba bardziej mi się przyda (choć generalnie za bieżnikiem na stole czy ławie nie przepadam). Serwetkę robię „z doskoku”, jak akurat mam czas, to wydziergam pół albo cały motyw. No i dziś się ucieszyłam, bo doszłam do dziewiątego dużego i trzeba podjąć decyzję, co dalej.

Rozłożyłam sobie toto, żeby popodziwiać

i… Z definicji nie używam brzydkich słów, więc i tym razem ich nie było, ale nie powiem – zdenerwowałam się nieco… W jednym miejscu jest błąd. Jeden kwiatek, czy co to tam jest, ma 13 płatków zamiast 12. I niestety tak nie przejdzie, bo gdy dołączę małe motywy, nie będzie pasować. Żeby to chociaż gdzieś z boku było… A błąd jest tu:

No już gorzej być nie mogło! Mam nadzieję, że to się da bezboleśnie wypruć ze środka. Dobrze, że zobaczyłam to teraz, a nie przy doczepianiu ostatniego małego motywu. Zawsze się trzeba jakoś pocieszyć;-). Buuu…