Prowansja

Po raz pierwszy odważyłam się kupić coś w klamociarni. Zdecydowanie wolę rzeczy nowe. Jakoś w tych starych rzadko widzę potencjał, a perspektywa ręcznego (sprzętu nie posiadam) szlifowania starej farby czy lakieru skutecznie mnie odstrasza. Tym razem było inaczej – wypatrzyłam 3 rzeczy w miarę surowe. Byłam bardzo zadowolona z zakupu. Na razie przeobraziłam tylko jedną rzecz i to najmniejszą, ale sądzę, że całkiem udanie:)

Przedstawiam mały cebrzyk – spodobał mi się od pierwszego wejrzenia:)

Tak się prezentował już po wyszorowaniu – na szczęście był tylko bardzo brudny, ale drewno było w bardzo dobrym stanie.

Jakoś tak mi się skojarzył z domem w stylu prowansalskim, więc znów pojawiła się lawenda.

Najpierw zrobiłam shabby – kość słoniowa na liliowym. A potem serwetka – trochę lawendy, nieco pisma, pieczątek, motylki. Wszystko bardzo delikatne:)

Obwódkę z łyka pomalowałam na fioletowo, a potem miejscami na jasno i uważam końcowy efekt za satysfakcjonujący. W środku jeszcze wkleiłam lawendę z drugiej warstwy serwetki. Całość lakierowana na mat.


Róże czerwone

Mam zawsze wrażenie, że mało robię, ale jak spojrzę na liczbę zdjęć do wstawienia, to nagle robi się tego całkiem sporo. Coraz większe mam zaległości w pokazywaniu decoupage, a o innych technikach nie wspomnę, bo i tam co jakiś czas coś powstaje.

Dziś kolejne pierścienie do serwetek. Zarzekałam się, że szybko następnych nie zrobię, a tu proszę:). Trochę żmudnej roboty, ale nie jest to aż tak nieprzyjemne. A efekt? Chyba wart tego wysiłku i przede wszystkim poświęconego czasu.

Tym razem róże są czerwone i bez spękań. Chciałam, żeby pierścienie były idealnie białe. Tak jak poprzednie, pokryte werniksem szklącym. Zawsze największy problem mam z pomysłem na pudełko. Tutaj wewnątrz zrobiłam relief – bukiet róż. Pomalowałam na biało, a kontury na złoto. Na zewnątrz zrobiłam podobnie jak w różowym komplecie, tylko dodałam złotą pieczątkę z listem.

Dziś Dzień Matki – takie piękne życzenia usłyszałam od córek, że aż mi się oczy spociły:))

Wszystkim mamom życzę tego samego:)

I muzyka, którą miałam nadzieję usłyszeć na żywo, ale koncert przełożono na wrzesień. Mam nadzieję, że się odbędzie.


 

Prawie idealna czekolada:)

I nie będzie o jedzeniu, choć dawno nie było, lecz o szyciu, którego nie było chyba jeszcze dłużej. Niestety, do szycia nadal nie wróciłam, mimo że bardzo mnie do tego ciągnie. Ostatnio udało mi się oddać bardzo dużo rzeczy osobie potrzebującej, która się z nich podobno niezwykle ucieszyła. Dla mnie także była to wielka radość. I właśnie z tej okazji powyciągałam wszystko z szaf, poprzeglądałam, poprzymierzałam. Moje córki miały też wspaniałą zabawę, bo buszowały w tym wszystkim jak w second handzie, przymierzały i parę rzeczy przygarnęły. Wreszcie dowiedziałam się, że nie tak źle szyję i te ciuchy są całkiem fajne. Po 15 latach usłyszałam też, że moja córka miała w przedszkolu najładniejsze sukienki (w jej opinii – a to najważniejsze), więc chyba warto było:D. Teraz muszę namówić je na sesję zdjęciową, żeby pokazać, co upolowały, bo ja już się w te rzeczy, niestety, nie mieszczę:(.

A wracając do tytułowej czekolady: to sukienka, którą uszyłam kilka lat temu i nadal ją noszę (nawet w tej chwili:))). Bardzo ją lubię, bo uważam, że całkiem dobrze leży (prawie). Materiał to len w kolorze gorzkiej czekolady, przewiewny, doskonały na lato. Uszyta według wykroju z Burdy „Małe kobietki” 1/98, model 811, rozmiar 18, nie pamiętam, żebym go dopasowywała.

Zalety:

– jest bardzo wygodna,

– zwykła, ale wygląda całkiem, całkiem:)

– ma bardzo ładnie wymodelowany karczek z przodu i zaszewki – dobrze podkreśla figurę tam, gdzie trzeba:P

– łatwa do uszycia, choć Burda daje jej 3 kropki. Jedynie cięte kieszenie z patkami są pewną trudnością.

Wady:

– jest za szeroka w plecach, trochę suwak „wisi”,

– len, który okropnie się gniecie. Ja jednak noszę ją głównie po domu, więc specjalnie mi to nie przeszkadza, a nawet ma swój urok, bo taka naturalna jest:).

Ale to nie wszystko. Przy okazji tego postu chciałam pokazać, jak różnie mogą wyglądać rzeczy uszyte według tego samego wykroju. Oto sukienka, która była wcześniej i miałam już ją wyrzucić ze względu na oznaki starości. Właśnie dlatego, że taka byłam z niej zadowolona, powstała z tego samego wykroju ta czekoladowa. 

Ta sukienka uszyta jest z poliestru, przez co już nie jest tak przewiewna, ale ma piękny kolor i wzór. To model 812 z tej samej Burdy, ten sam wykrój i rozmiar. Nie ma w niej rękawów, kieszonek i jest bardzo długa z pęknięciami  od kolan na wszystkich szwach. I to jest jej najsłabszy punkt – mimo zabezpieczeń (wszyte od spodu trójkąciki), rozrywa się na szwach i z tego właśnie powodu chciałam ją wyrzucić. Ale kiedy przy porządkach wyjęłam ją z pawlacza, zrobiło mi się żal i postanowiłam kolejny raz ją naprawić:)

Mimo jej niebieskości, bardzo ją lubię:)

Greczynka

Miałam niedawno zamówienie na szafkę na klucze taką jak ta. Tego obrazka już, niestety, nie posiadam, więc zaproponowałam inny. Został zaakceptowany i powstała kolejna szafka w „greckim stylu”.

szafka na klucze decoupage

Bejcowana na ciemny orzech, mocno przecierana. Wewnątrz postanowiłam zrobić coś na wzór fresku odkrytego na ścianie.

szafka na klucze decoupage

Wokół jest naklejony pasek serwetki z meandrem, środek pomalowany na bordowo. A potem zrobiłam mocny shabby chic. Posmarowałam świecą grubo niemal całą powierzchnię, zamalowałam dwukrotnie kremową farbą i gruboziarnistym papierem ściernym zdarłam prawie wszystko. Czyli niemal dosłownie ten fresk odkryłam:). Jeszcze popatynowałam na krawędziach i w narożnikach i oto jest! Motywy lakierowane na mat, bejca na półpołysk. Nowej właścicielce się podobała:)

I muzyka zupełnie nie grecka. Może trochę słodka i sentymentalna, ale wprowadza w miły nastrój i mnie się przy niej świetnie pracuje:). W ogóle tę piątą płytę lubię najbardziej, lecz tak jest właściwie z każdą kolejną (oprócz drugiej – ale wtedy dostałam dwie naraz, więc mogłam jej nie polubić;))


Coś starego, coś nowego

Czyli stare wzory na nowych przedmiotach. Im więcej wzorów, tym trudniejszy wybór. Wtedy zawsze bezpiecznie jest sięgnąć po te wypróbowane i lubiane.

Na życzenie siostry dorobiłam listownik do jej chustecznika. Przydały się stare zdjęcia, bo pudełko na chusteczki robiłam 2,5 roku temu. Jak ten czas szybko leci:(

Ponoć podobieństwo widać:)

Druga staro-nowa rzecz, to pudełko na długopisy w stylu kompletu słonecznikowego. Tak spodobał mi się ten wzór, jest taki radosny, że musiałam go zrobić jeszcze na czymś, choć już do samego kompletu nie należy.

Znowu zastosowałam shabby chic, ale taki bardzo delikatny na całości. Takie postarzanie lubię najbardziej.

Dawno nie było muzyki. Dziś znów piękna Sade. Kolejna ulubiona piosenka.