Za dwa dni urlop, więc jeszcze jedna rzecz nie całkiem taka nowa. Zrobiłam herbaciarkę nieco inną niż do tej pory. Obrazek czekał długo i choć nie do końca pasuje do „tematyki”, właśnie tu znalazł dla siebie miejsce. Że niby wino, a nie herbata. Oj tam, oj tam – jak powiedziałaby moja córcia:)), przecież ładny jest i klimatyczny, no i z Eifflem w tle:D
Tym razem całe pudełko bejcowane na ciemny orzech i mocno przetarte. Zastanawiałam się, czy wokół obrazka nie dodać jakiejś ramki, ale stwierdziłam, że to by było już za dużo. Są tylko złote esy-floresy zrobione szablonem i takiż napis. Po raz pierwszy zamontowałam też ozdobne okucia, które bardzo mi tu pasują.
Pomysłów na środek było kilka i każdy pozostawił swój ślad. Ostatecznie wygląda tak:
Kwiatek jest z drugiej warstwy serwetki, filiżanka z pierwszej, a napis z szablonu:) Ze ścierania kolejnych pomysłów na tło powstał klasyczny shabby chic:P
Tyle rzeczy mam zaległych, że nawet nie wiem, od czego zacząć…
Może dziś o nietypowym dla mnie zamówieniu (a właściwie dwóch), bo o butelkach. Miałam zrobić dwie małe piersiówki (100 ml) z elfami. Początkowo wydawało się, że nic z tego nie będzie, bo my nietrunkowi jesteśmy i takowych butelek nie mamy. Powiedziałam sobie, że po śmietnikach szukać nie będę;) Aż tu dobry Pan Mąż z popołudniowej przebieżki przyniósł mi sztuk kilka:D. Ponoć w okolicy wielu panów pod gołym niebem trunkami tymi raczy się, kosza już potem nie szukając. No i butelki wyszły całkiem fajnie:
Buteleczki są dwustronne i można ustawiać je według uznania.
Takie słodkie i delikatne. Są tylko do ozdoby, nie miały być użytkowe.
Pani tak się spodobały, że poprosiła o jeszcze trzy. Tych nie udało się już zdobyć w okolicy;), bo panowie raczej „drinkują” mniejsze ilości, więc musiałam kupić (puste). Tym razem wytyczne, co do zdobienia, były szczegółowe. Zrobiłam wszystko dokładnie z życzeniem, ale nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona. Te pierwsze robiło mi się dużo przyjemniej:)
Te są jednostronne.
Muzycznie znów będzie Sade – ostatnio moja ulubiona piosenka, choć bardzo stara. A nie będzie tak bez okazji, bo muszę się pochwalić, że niedawno mieliśmy kolejną rocznicę ślubu i dostałam w prezencie bilety na listopadowy koncert. To była wielka i cudowna niespodzianka. Niesamowicie się cieszę:)
Płytę tę dostałam od mojej córeczki na Dzień Matki:) Jest cudna, ciągle jej słucham.
Nie wyszła mi dziś tarta. Właściwie nic dziwnego, że nie wyszła, skoro dodałam 10 razy więcej cukru niż powinnam. Nie zauważyłam, że w przepisie są gramy, a nie dekagramy. No i skarmelizowała się:)) Bardzo mi na niej dziś zależało, ale nie ma… Na szybko zrobiłam croissanty z czekoladą.
Ale to nie będzie wpis kulinarny. Coś innego mi się udało, choć też nie było łatwo;)
Szafeczkę obrazkową zrobiłam:). Jest w kolorze srebrzystopopielatym z szarymi cieniami w zagłębieniach. Bardzo mi się ten efekt podoba, ale nie powstał w wyniku przecierania, ale malowania z użyciem BlendinGelu. Przecierana też trochę jest na krawędziach, ale do surowego drewna. W środku nieco pomazana różnymi odcieniami szarości i wygląda trochę jak z recyklingu. Sam obrazek też na krawędziach „przybrudzony” szarością.
Na ostatnim zdjęciu szafka wyszła nieco różowa, ale to przekłamanie – jest zdecydowanie popielata.
A moje kłopoty wiązały się z samą szafką, a nie jej zdobieniem. Poprzednią kupiłam z zamontowanym zameczkiem i byłam niezadowolona, bo odstawał. Ta była bez zapięcia i sądziłam, że teraz wszystko będzie pasowało. Nic z tego! Szafka się nie domykała. Szlifowałam, czyściłam zawiasy – nic nie pomogło. Taka szafka po prostu musi mieć zapięcie. Kombinowałam na różne sposoby, ale wszystko nie pasowało, było za duże. Już miałam ją odłożyć na wieczne czasy, gdy wpadło mi w ręce pudełeczko na widelczyki do ciasta i ono miało właśnie taki malutki srebrny zameczek. Udało mi się go wymontować i umieścić na szafce (bez pomocy Pana Męża!). Teraz się zamyka i wszystko pasuje idealnie:) I jeszcze jedno – nigdy więcej plastikowych haczyków!
Pisałam kiedyś, że unikam lawendy, aniołków i Klimta. Czasami jestem jednak niekonsekwentna (głównie w temacie lawendy). Tym razem na jednoznaczne życzenie klientki, bo z własnej woli pewnie bym tego nie zrobiła. I nie mogę powiedzieć, żebym tę pracę wykonała z wielką niechęcią. To było całkiem przyjemne doświadczenie:) Może jeszcze polubię…
A konkretnie – zrobiłam lustro z Klimtem. Nie miałam tu właściwie żadnej dowolności, bo dostałam po prostu zdjęcie przedmiotu i miało być zrobione „coś takiego”. Wiadomo, że identyczne nie będzie i bardzo dobrze. Tamto było duże kwadratowe z szeroką ramą i motywem z serwetki. Naszukałam się wszędzie takiego lustra, nawet znalazłam namiary na jakiegoś stolarza, którego telefon nie odpowiadał („nie ma takiego numeru”), więc wybrałam się osobiście i z duszą na ramieniu poszukiwałam warsztatu w podejrzanym obszarze industrialno-magazynowym wśród podejrzanych osobników. Gdy go wreszcie znalazłam, okazało się, że stolarz może mi taką ramkę (40 x 40 cm) bez lustra zrobić za 100 zł! Jak do tego doliczyć lustro, zdobienie i przesyłkę to pewnie klientka już takiego lustra by nie chciała. Ostatecznie zgodziła się na inną wersję i chwała jej za to, bo obyło się bez kłopotów.
Lustro jest mniejsze, prostokątne i motyw ma z papieru.
Całe miało być oklejone motywami „Pocałunku” Klimta. Lustro nie jest oklejone „po całości”, lecz motywy mniejsze i większe są wycięte, a w puste miejsca są wklejone inne fragmenty z obrazu. Chciałam, żeby to wyglądało trochę jak mozaika.
Całość lakierowałam bardzo błyszczącym poliuretanowym Fluggerem. Zewnętrzne krawędzie lustra są pomalowane różnymi obcieniami brązu za pomocą zwiniętej folii, a na to metaliczną złotą farbą. Dało to ciekawy efekt, podobny do pokrycia melanżem złotych płatków. Uważam, że dobrze pasuje do całości. Niestety, na zdjęciu nie widać złotego połysku.
I znowu będzie print room, który fascynuje mnie od samego początku.
Do tego kompletu przypraw przymierzałam się już wiele miesięcy temu. Zagruntowałam, pomalowałam i utknęłam. Widziałam już różyczki i lawendę i nie chciałam powielać pomysłów. Print room przyszedł mi do głowy znienacka i natychmiast zabrałam się do pracy. Motywy graficzne przyciemniłam Laccanticante, napisy to transfery.
Gotowy komplet pokryłam spękaniami Sottile, wtarłam brązową farbę olejną (nie chciałam, żeby były błyszczące) i na koniec polakierowałam werniksem szklącym.
I tu się zaczęła przygoda;). Podobno werniks szklący jest nie do usunięcia po wyschnięciu. Otóż ja go całkiem niechcący dokumentnie usunęłam, a właściwie to sam się usunął:D Żeby w trakcie lakierowania nie zakleić dziurek na górze, włożyłam w nie wykałaczki. I tak nakładałam kolejne warstwy lakierów. Kiedy skończyłam i wszystko wyschło, wyciągnęłam patyczki… razem z częścią lakieru. Gdy chciałam te ubytki wyrównać, kolejne warstwy zaczęły odchodzić i w końcu, jak folię, jednym pociągnięciem zerwałam wszystko. No i zabawa zaczęła się od początku, ale byłam już mądrzejsza:) Nadal zatykałam dziurki wykałaczkami, ale zaraz po nałożeniu każdej warstwy lakieru, usuwałam je i teraz jest ok:)
Moja kolejna printroomowa przygoda dotyczy zegara. Pracę nad nim zaczęłam i prawie skończyłam;) rok temu. Robiłam niemal tak samo, ale zastosowałam spękania Large Dali. Wtarłam w nie pastę Antique Rub w kolorze brązu. Wyszło koszmarnie! Spękania były bardzo drobne, nieregularne, powierzchnia nierówna i do tego wszystko miało odcień pomarańczowy i nie dało się wypolerować. Próbowałam ściągnąć to spirytusem, mleczkiem, woskiem, rozpuszczalnikiem i wszystko bez rezultatu. Schowałam więc do szafy i co jakiś czas wyciągałam, czekając na lepszy pomysł. A ten przyszedł dopiero teraz:) Podjęłam męską decyzję i włożyłam zegar (bez mechanizmu oczywiście) pod kran. Mydło, szczotka i rewelacja! Spękania zostały, ale gładkie i bez wypełnienia. Tym razem wszystko przetarłam Lacca Scurente i wypolerowałam. Zostało postarzone, przyciemnione, ale spękania wyglądają teraz delikatnie. Na koniec znów werniks szklący i zegar, podobnie jak komplet przypraw, wygląda na porcelanowy. Teraz można go pokazać światu:)
I mój ulubiony „Motorek”. W tej piosence fascynuje mnie tekst, niezwykła muzyka i to wykonanie. Wolę je od oryginału. Ale ten teledysk uważam za okropny, zupełnie nie oddający istoty rzeczy. Bardzo płytko i dosłownie pojmujący tekst…