Dawno planowałam wpis kulinarny, ale chyba w decoupage’u czuję się lepiej niż w kuchni, stąd zwlekałam. Choć ostatnio przyjmowaliśmy znajomych na kawce i wprawiłam kolegę w prawdziwy zachwyt tym, że wszystko na stole było własnej roboty. Zawsze wydawało mi się to tak oczywiste, że nawet się nad tym nie zastanawiałam. Jego żona tymi zachwytami była mniej zachwycona :)).
A dziś urodziny Pana Męża, więc będzie kulinarnie. Upiekłam tort – taki zwyczajny, śmietanowy, ale dobry, jednakże dziś będzie przepis na ciasto mandarynkowe, które właśnie zrobiłam na wizytę gości. To przepis Nigelli Lawson, w polskich książkach go nie ma, spisałam z telewizji. Ciasto jest pyszne, pachnące i takie…inne. Robię je najczęściej zimą, bo wtedy mandarynki są najlepsze.
Potrzeba:
4 mandarynki lub 3 małe pomarańcze,
250 g mielonych migdałów (ja używam gotowej mąki migdałowej),
250 g cukru,
1 kopiasta łyżeczka proszku do pieczenia,
6 jajek.
Mandarynki sparzyć i w całości, ze skórką ugotować w wodzie aż będą miękkie (ok. godziny). Odsączyć, ostudzić. Z zimnych mandarynek usunąć szypułki i ewentualnie pestki (nie trzeba) i zmiksować je na papkę. Dodać całe jajka, cukier, migdały i proszek do pieczenia. Miksować do uzyskania jednolitej masy – ciasto będzie dość rzadkie. Tortownicę o średnicy 24 cm posmarować masłem, a dno wyłożyć papierem do pieczenia i wlać ciasto. Piec w temperaturze 1900 C ok. 50 min (sprawdzić patyczkiem). Jeśli ciasto za bardzo z wierzchu się rumieni, a nie jest jeszcze upieczone, położyć na wierzchu papier do pieczenia. Po wyjęciu z piekarnika zazwyczaj ciasto opada, to normalne, ale im bardziej wypieczone, tym mniej opadnie :). Najlepsze po całkowitym ostygnięciu, np. następnego dnia.











