Ciasto mandarynkowe

Dawno planowałam wpis kulinarny, ale chyba w decoupage’u czuję się lepiej niż w kuchni, stąd zwlekałam. Choć ostatnio przyjmowaliśmy znajomych na kawce i wprawiłam kolegę w prawdziwy zachwyt tym, że wszystko na stole było własnej roboty. Zawsze wydawało mi się to tak oczywiste, że nawet się nad tym nie zastanawiałam. Jego żona tymi zachwytami była mniej zachwycona :)).

A dziś urodziny Pana Męża, więc będzie kulinarnie. Upiekłam tort – taki zwyczajny, śmietanowy, ale dobry, jednakże dziś będzie przepis na ciasto mandarynkowe, które właśnie zrobiłam na wizytę gości. To przepis Nigelli Lawson, w polskich książkach go nie ma, spisałam z telewizji. Ciasto jest pyszne, pachnące i takie…inne. Robię je najczęściej zimą, bo wtedy mandarynki są najlepsze.

Potrzeba:

4 mandarynki lub 3 małe pomarańcze,

250 g mielonych migdałów (ja używam gotowej mąki migdałowej),

250 g cukru,

1 kopiasta łyżeczka proszku do pieczenia,

6 jajek.

Mandarynki sparzyć i w całości, ze skórką ugotować w wodzie aż będą miękkie (ok. godziny). Odsączyć, ostudzić. Z zimnych mandarynek usunąć szypułki i ewentualnie pestki (nie trzeba) i zmiksować je na papkę. Dodać całe jajka, cukier, migdały i proszek do pieczenia. Miksować do uzyskania jednolitej masy – ciasto będzie dość rzadkie. Tortownicę o średnicy 24 cm posmarować masłem, a dno wyłożyć papierem do pieczenia i wlać ciasto. Piec w temperaturze 1900 C ok. 50 min (sprawdzić patyczkiem). Jeśli ciasto za bardzo z wierzchu się rumieni, a nie jest jeszcze upieczone, położyć na wierzchu papier do pieczenia. Po wyjęciu z piekarnika zazwyczaj ciasto opada, to normalne, ale im bardziej wypieczone, tym mniej opadnie :). Najlepsze po całkowitym ostygnięciu, np. następnego dnia.


Na metalu

Już dawno miałam pokazać inny sposób naklejania serwetek, ale jakoś było mi nie po drodze. Skorzystałam z tego filmiku:

http://www.youtube.com/watch?v=8jFVoKKRDnY

Sprawdziłam, że nadaje się tylko na idealnie gładkie powierzchnie – metal, ewentualnie szkło (nie próbowałam), drewno zdecydowanie odpada.

Ponieważ to tylko próba, zdekupażowałam sobie stare pudełko po cukierkach, w którym trzymam szpilki.

Nakleja się rzeczywiście rewelacyjnie, nic się nie rwie ani nie marszczy. Serwetka idealnie przywiera – tutaj jest nawet wydarta z dużym zapasem zamiast wycinania (czego na ogół nie stosuję), a krawędzie są niemal niewidoczne. Warto spróbować. Polecam :).

Fiołki

Wygląda na to, że moją specjalnością są wizytowniki. Zrobiłam ich już sporo i mam coraz więcej pomysłów. Muszę przyznać, że naprawdę wyglądają efektownie i niebanalnie. W realu są ładniejsze niż na zdjęciach, a przy tym miłe w dotyku. Uwielbiam dotykać wyszlifowane drewno, ma w sobie takie ciepło…

Oto dalszy ciąg mojej metalowej kolekcji – osłonka na doniczkę do zawieszenia. Bardzo przyjemna praca, mam jeszcze jedna taką do ozdobienia, ale nieco większą. Ta została pomalowana na biało, motywy wydzierałam. Wydaje mi się, że całkiem dobrze wtopiły się w tło. Uwielbiam te serwetki – są cieniutkie i idealnie wtapiają się w tło, a przy tym nie drą się i dobrze wygładzają. Bukiecik fiołków pochodzi z papieru Stamperii, a że miałam tylko jeden duży, więc pocięłam go na mniejsze fragmenty i umieściłam w różnych miejscach. Potem jeszcze patynowałam brązową farbą. Do wykończenia skorzystałam ze sposobu Apandany i przetarłam całość „magiczną gąbką”, a potem polerowałam polerką do paznokci. Efekt rewelacyjny, powierzchnia jest trudna do opisania, taka gładziutka, satynowa – aż chce się dotykać.

drewniany damski wizytownik decoupage

drewniany damski wizytownik decoupage

drewniany damski wizytownik decoupage

Zdjęcia zupełnie nie oddają prawdziwego wyglądu wizytownika, fiołki są w rzeczywistości fioletowe, a nie niebieskie. I w ogóle jest ładniejszy :). Powiem nieskromnie, że tak mi się podoba (zwłaszcza po wyszlifowaniu), że chętnie zatrzymałabym go dla siebie :).

Białe kwiatuszki

Mam jeszcze parę zaległych rzeczy, ale są też nowe i pochwalę się jedną z nich. Pomysł na niebieskie pudełeczko miałam już chyba w lipcu. Wtedy je pobejcowałam i… mój pomysł mnie rozczarował. Wszystkie kolejne też zawodziły, więc odłożyłam i czekałam. Przed Świętami kupiłam papier z margerytkowymi wiankami i to było to.

W zamierzeniu miało być podobne do pudełka na karteczki brązowego z powojami, bo właśnie tamto było inspiracją. Bejca również została mocno przetarta, całość lakierowana na wysoki połysk.


 

Zaległości

Sama zdziwiłam się, że jeszcze w tym roku nic nie napisałam. Coś tam robię, ale idzie mi jak po grudzie. Stanowczo za dużo czasu marnuję… A na co? Oczywiście na komputer i ciągłe zaglądanie w swoje i nie swoje miejsca :). To wciąga, a potem człowiek się dziwi, że nic nie zrobił.

Mam jeszcze zaległości z ubiegłego roku. Została mi do pokazania jeszcze jedna deseczka pod kalendarz. Testowałam na niej krak dwuskładnikowy Dala. Spękania w sumie są bardzo ładne, równe, delikatne, czyli tak jak lubię.

I wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że są to spękania „Large”, a jak dla mnie, to one są small, very, very small. Może którymś ze składników posmarowałam za cienko, ale zwykle tak robię. Zresztą po co są dwa rodzaje, skoro jednym można uzyskać dowolny efekt?

Spękania wypełniałam pastą Antique Rub w kolorze brązu, a potem po raz pierwszy lakierowałam poliuretanowym błyszczącym Fluggerem. Jestem mile zaskoczona, bo świetnie się rozprowadza (kawałkiem gąbki), nie widać smug, szybko schnie i nie śmierdzi jak spray Stamperii. W dodatku po postawieniu gorącej szklanki (oczywiście po utwardzeniu) nie przykleja się i nie zostają ślady. Chyba pożegnam się z Dala Varnish Heat Resistant, bo to przyklejanie się podkładek doprowadza mnie do szału. Panie w sklepie Fluggera powiedziały mi, że na lakierze akrylowym po utwardzeniu też nie powinny zostać ślady po szklance. Nieprawda, sprawdziłam – szklanka rzeczywiście nie przykleja się, ale ślad pozostaje :P. Wadą poliuretanu jest to, że zażółca powierzchnię – przy ciemnych kolorach nie ma to znaczenia, przy jasnych trzeba wziąć to pod uwagę. Problem rozpuszczalnika można pominąć, jeśli lakieruje się kawałeczkiem gąbki (np. odciętym ze zmywaka do naczyń), który się potem zwyczajnie wyrzuca.