Dawno obiecałam i jestem ponaglana przez urkye, więc choć zacznę :). Pamiętam, jak pewnego dnia Tato odebrał mnie z przedszkola i razem poszliśmy kupić maszynę do szycia. Moja Mama nienawidzi szycia serdecznie, już wzięcie igły do ręki przyprawia ją o mdłości. Więc mój Tato postanowił nauczyć się takiego prostego szycia, żeby móc np. podszyć zasłony, firanki, uszyć pościel. I rzeczywiście to on zawsze to robił. Kiedy byłam w piątej klasie na zajęciach praktyczno-technicznych (miałam takie!) dziewczynki szyły i haftowały bluzki z etaminy. Trzeba było zdjąć miarę, pani wykroiła (proste, z raglanowym rękawkiem, z dekoltem obrobionym szydełkiem, ściąganym sznureczkiem – takie trochę ludowe). No i koleżankom uszyły mamy i babcie, a Tato powiedział: „Siadaj i szyj”. No i uszyłam, nawet w niej chodziłam :). W szóstej klasie trzeba było uszyć koszulę nocną i spódnicę z 4 klinów i też sama zrobiłam. Mistrzostwo świata to nie było, ale wszystkie te rzeczy nosiłam. Spodobało mi się, ale wtedy nie było u nas żurnali z wykrojami, więc kiedy w ósmej klasie chciałam spróbować uszyć bluzkę, rozprułam starą i według niej skroiłam nową. Ale tego nosić się nie dało, nic nie wiedziałam o kolejności szycia ani o usztywnianiu. Ograniczyłam się więc do przerabiania starych rzeczy: coś zwężałam, coś doszywałam, podszywałam itp. W drugiej klasie liceum pojechałam na wakacje do cioci, która szyła amatorsko dla siebie i kupowała na spółkę z koleżanką w Pewexie „Neue Mode”. Jak obejrzałam te żurnale, to oczy mi się zaświeciły. Ciocia objaśniła mi, jak się kopiuje wykroje, kroi, pętelkuje (nie było papieru do kopiowania, choć umiejętność pętelkowania i dziś się przydaje przy cienkich tkaninach), poszłyśmy kupić materiał i wspólnymi siłami uszyłyśmy śliczną spódnicę ołówkową z 6 klinów. Nosiłam ją chyba kilkanaście lat – jak na tamtą szarą codzienność, była wyjątkowa: środkowe kliny były szersze od bocznych i suwak oraz rozporek umieszczono w szwie między środkową a boczną częścią tyłu. Dziś nic niezwykłego, ale pamiętam koleżanki i panie na ulicy szepczące mi na ucho, że spódnica mi się przekręciła :). Potem znów niestety wróciłam do przeróbek, aż któregoś dnia na trzecim roku studiów zobaczyłam w Poznaniu na wystawie śliczną spódnicę, która kosztowała… zbyt dużo. Przyjechałam do domu, powiedziałam o tym Tacie i stwierdziłam, że muszę spróbować sobie uszyć, bo to pewnie nie jest takie trudne. Następnego dnia Tato wrócił z pracy z „gazetowymi” wykrojami na 3 spódnice. W latach 80. można było kupić wykroje na gazetowym papierze :). Uszyłam jedną z tych spódnic, a potem to już poszło :). Kolejne gazetowe wykroje: spodnie, bluzki, żakiet, kurtka. Nie było to idealnie dopasowane, bo nie umiałam tego robić, ale spodobało mi się bardzo. Szyłam też z takiej gazetki „Tylko dla ciebie”, pamięta to ktoś jeszcze? Znajoma odkładała Mamie w kiosku :). Pod koniec lat 80. pokazało się u nas w kioskach „Neue Mode” po niemiecku – kupowałam, tłumaczyłam ze słownikiem, bo niemieckiego nie znam, zmniejszałam wykroje, bo nosiłam wtedy 16 :)) – to nie jest angielski rozmiar, to krótkie 32! Kiedy moja córeczka pojawiła się na świecie, szyłam jej śliczne, kolorowe ciuszki, bo takich wtedy w sklepach nie było, a jak były, to zwyczajnie nie było mnie na nie stać. Potem przyszedł czas na Burdę i cudowną „Szafę przedszkolaka”. Tam dopiero były cuda! Wreszcie też zaczęto wydawać coś dla mnie, czyli „Małe kobietki” (tytuł uważam za nie trafiony) i z nich mam masę świetnych ubrań. Kiedyś Mama przypadkiem kupiła mi wydany przez Burdę „Podręcznik samodzielnego szycia” i jest to jedna z najważniejszych książek, jakie posiadam. Mimo że właściwie sporo umiem, przy szyciu się z nią nie rozstaję. Ostatnio właśnie urkye przekonała się, jaka jest dobra :). W zasadzie szyłam wszystko: od pościeli po kurtki zimowe i płaszcze na watolinie. A od półtora roku… nic. Bo teraz jest tylko decoupage :). Ale kiedy ostatnio po długim czasie przeglądałam stare Burdy (nowych już nie kupuję), to łezka w oku się zakręciła i może znów usiądę do maszyny (niestety, Pan Mąż nie znosi tego hałasu 😦 ).
Reasumując tę przydługą historię, aczkolwiek dla mnie niezwykle ważną, w szyciu początkująca nie jestem (zaczęłam, kiedy wielu z Was jeszcze na świecie nie było :D, no stara jestem, stara :P), ale zajmuję się tym wyłącznie amatorsko. Poza sobą, moimi dziećmi i parę razy Panem Mężem nikomu nic nie uszyłam. Jestem perfekcjonistką i nie czuję się na tyle pewnie, żeby komuś coś proponować. Szyję wyłącznie z gotowych wykrojów, dopasowując je do swojej sylwetki. Wszystkie uszyte przez siebie ubrania noszę (co nie znaczy, że wszystkie lubię), a w mojej szafie od zawsze ok.80% stanowią rzeczy uszyte własnoręcznie. Kiedyś prowadziłam statystykę swoich wyrobów, gdy doszłam kilka lat temu do 300, przerwałam spisywanie :). Więc trochę tego jest…
No to teraz trzeba coś na dowód :). Najbardziej lubię szyć spódnice, bo są łatwe i niewiele muszę przy nich zmieniać. Oto jedna z moich spódnic, wydaje mi się efektowna mimo swojej prostoty, czyli klasyczna elegancja. Wykrój pochodzi z Burdy 4/2005 model 108 B, rozmiar 36 z nieco poszerzoną talią :P.



Urkye pozwoliła mi na wykorzystanie swojego sposobu opisywania zalet i wad, więc korzystam, bo to dobry pomysł.
Zalety:
-prosty krój z pojedynczymi zaszewkami z przodu i z tyłu, łatwy do dopasowania,
-uwielbiam krój „syreny”- spódnice, które rozszerzają się w okolicy kolan,
– fajny materiał – chyba poliester (na ogół nie lubię), ale cienki, lekki, miły w dotyku, nie elektryzuje się, jednak trochę się gniecie; świetny kolor i wzór – bardzo stonowany i elegancki.
Wady:
– nie lubię spódnic z paskiem w talii, dla mnie są niewygodne i przez pewien „nadmiar” w tym miejscu źle w nich wyglądam, muszę wykładać bluzkę na wierzch, jak na zdjęciu 1.
– trudno dobrze wszyć podszewkę przy rozcięciu z przodu, żeby przy chodzeniu nie ciągnęła materiału, a jednocześnie nie „zaglądała” przez rozcięcie,
– prążki nie są łatwe do szycia w dodatku z falbaną z koła, trzeba trochę pokombinować, żeby w najważniejszych miejscach zgrać wzór.
Ale ogólnie jest ok, choć wstydzę się tak tu pokazywać ;).