Co z tą wiosną?

No i znowu za oknem biało. Niby pięknie, ale nie tak miało być. Z ziemi już wyglądały listki krokusów i tulipanów, a tu znowu ktoś kazał im pójść spać :). W zeszłym tygodniu udało mi się ściąć kilka gałązek forsycji do wazonu, więc choć w domu mam trochę wiosny.

A w decoupage też wiosna. Trzy tygodnie temu Pan Mąż wypatrzył w hipermarkecie piękne ocynki, na które od razu się rzuciłam. Żałuję, że jeszcze więcej nie poszalałam, bo już ich nie ma :(. Teraz więc intensywnie ozdabiam metal, co jest łatwe i przyjemne. Na początek dwie osłonki na doniczki pochodzące z Ikei. Nie wiem, po co umieszczają tam te słoneczka, wcale nie zdobią, a tylko utrudniają pracę. Staram się je ominąć lub podkreślić, ale wolałabym, żeby ich wcale nie było ;).

Pierwsza osłonka bladożółta, lekko cieniowana z krokusami z serwetki.

Druga z bratkami na intensywnie żółtym tle z cieniowaniami w kolorach kwiatków.


Obie osłonki lakierowane na półpołysk. W środku też pomalowałam parę centymetrów od góry, żeby po włożeniu doniczki nie było widać metalu.


Lawendowo

Przez ostatnie tygodnie pracowałam nad zamówionym kompletem z lawendą (no nie tylko nad nim :)). Jak kiedyś pisałam, nie przepadam za tym motywem, ale takie było życzenie. I muszę stwierdzić, że praca ta sprawiła mi dużo przyjemności. Udało się wybrać ładne wzory, nie te najbardziej popularne. Całość miała mimo rustykalnej lawendy wyglądać elegancko. Zrobiłam więc skromnie, bez nadmiaru ozdób, a oprócz niezbyt dużego motywu główną dekoracją jest malowane tło. To bardzo, bardzo delikatny shabby chic. Zdobione płaszczyzny pomalowałam na liliowo, potem bardzo delikatnie przeciągnęłam świeczką poziomo po całej powierzchni i zamalowałam to gęstą białą farbą. Zanim wyschła, również poziomo zebrałam ją nieco papierowym ręcznikiem, a gdy wyschła, potraktowałam papierem ściernym. Z efektu jestem bardzo zadowolona :).

Drewno bejcowane na teak, lekko przetarte, całość lakierowana na półpołysk.

ręcznie zdobiona herbaciarka decoupage

ręcznie zdobiona herbaciarka decoupage

Pisanki

Nie zamierzam robić dekupażowych pisanek. Nie kręci mnie to tak samo, jak bombki. Podobnie jak na Boże Narodzenie, wielkanocnych dekoracji przez lata „wyprodukowałam” wystarczająco dużo. Na początek przedstawiam krzyżykowy bieżnik. Wzór pochodzi z ANNY. Pisanki są wyhaftowane tylko z jednego końca, każda ma inny kolor i wzór. Wyszywałam na zwykłym lnie.


Zielona syrenka

Teraz już nie będzie przydługiej opowieści. Poprzedni wpis trochę mnie ośmielił i przedstawiam kolejną spódnicę. Właściwie jej nie noszę. Uszyta jest z wełny w drobną zielono-czarną jodełkę. Materiał ładny, ale „mięsisty” i bardzo ciężki. Dobrze się układa. Wykrój pochodzi z Burdy 10/2004, model 121, rozmiar 36.

Połączyłam wersje A i B wykroju. Długość i szlufki są z A, aksamitka nad falbaną z B. Kompromisem są dwie falbany (w A pojedyncza, w B potrójna).

Zalety:

– pisałam, że lubię linię syreny? 😀

– no ładna jest, taka kobieca 🙂

– nie ma paska w talii,

– łatwa do uszycia: przedni i tylny karczek zszyty z trzech części, przód i tył bez szwów, falbany z koła, brak podszewki.

Wady:

– jest bardzo wąska, szybko się w niej chodzić nie da 😛

– ponieważ jest tak wąska, w żaden sposób nie da się ukryć nadmiaru sadełka na brzuszku 😛

– brak podszewki i dlatego odszycie karczka też jest z materiału – ponieważ ten jest gruby, wychodzą bardzo grube szwy, a jest ich na karczku dużo i nie wygląda to dobrze,

– pomysł z dodaniem szlufek jest nie trafiony, przy aksamitce na dole, pasek na górze wyglądałby beznadziejnie, mogę je odpruć, ale nie chce mi się 🙂

 

O szyciu co nieco

Dawno obiecałam i jestem ponaglana przez urkye, więc choć zacznę :). Pamiętam, jak pewnego dnia Tato odebrał mnie z przedszkola i razem poszliśmy kupić maszynę do szycia. Moja Mama nienawidzi szycia serdecznie, już wzięcie igły do ręki przyprawia ją o mdłości. Więc mój Tato postanowił nauczyć się takiego prostego szycia, żeby móc np. podszyć zasłony, firanki, uszyć pościel. I rzeczywiście to on zawsze to robił. Kiedy byłam w piątej klasie na zajęciach praktyczno-technicznych (miałam takie!) dziewczynki szyły i haftowały bluzki z etaminy. Trzeba było zdjąć miarę, pani wykroiła (proste, z raglanowym rękawkiem, z dekoltem obrobionym szydełkiem, ściąganym sznureczkiem – takie trochę ludowe). No i koleżankom uszyły mamy i babcie, a Tato powiedział: „Siadaj i szyj”. No i uszyłam, nawet w niej chodziłam :). W szóstej klasie trzeba było uszyć koszulę nocną i spódnicę z 4 klinów i też sama zrobiłam. Mistrzostwo świata to nie było, ale wszystkie te rzeczy nosiłam. Spodobało mi się, ale wtedy nie było u nas żurnali z wykrojami, więc kiedy w ósmej klasie chciałam spróbować uszyć bluzkę, rozprułam starą i według niej skroiłam nową. Ale tego nosić się nie dało, nic nie wiedziałam o kolejności szycia ani o usztywnianiu. Ograniczyłam się więc do przerabiania starych rzeczy: coś zwężałam, coś doszywałam, podszywałam itp. W drugiej klasie liceum pojechałam na wakacje do cioci, która szyła amatorsko dla siebie i kupowała na spółkę z koleżanką w Pewexie „Neue Mode”. Jak obejrzałam te żurnale, to oczy mi się zaświeciły. Ciocia objaśniła mi, jak się kopiuje wykroje, kroi, pętelkuje (nie było papieru do kopiowania, choć umiejętność pętelkowania i dziś się przydaje przy cienkich tkaninach), poszłyśmy kupić materiał i wspólnymi siłami uszyłyśmy śliczną spódnicę ołówkową z 6 klinów. Nosiłam ją chyba kilkanaście lat – jak na tamtą szarą codzienność, była wyjątkowa: środkowe kliny były szersze od bocznych i suwak oraz rozporek umieszczono w szwie między środkową a boczną częścią tyłu. Dziś nic niezwykłego, ale pamiętam koleżanki i panie na ulicy szepczące mi na ucho, że spódnica mi się przekręciła :). Potem znów niestety wróciłam do przeróbek, aż któregoś dnia na trzecim roku studiów zobaczyłam w Poznaniu na wystawie śliczną spódnicę, która kosztowała… zbyt dużo. Przyjechałam do domu, powiedziałam o tym Tacie i stwierdziłam, że muszę spróbować sobie uszyć, bo to pewnie nie jest takie trudne. Następnego dnia Tato wrócił z pracy z „gazetowymi” wykrojami na 3 spódnice. W latach 80. można było kupić wykroje na gazetowym papierze :). Uszyłam jedną z tych spódnic, a potem to już poszło :). Kolejne gazetowe wykroje: spodnie, bluzki, żakiet, kurtka. Nie było to idealnie dopasowane, bo nie umiałam tego robić, ale spodobało mi się bardzo. Szyłam też z takiej gazetki „Tylko dla ciebie”, pamięta to ktoś jeszcze? Znajoma odkładała Mamie w kiosku :). Pod koniec lat 80. pokazało się u nas w kioskach „Neue Mode” po niemiecku – kupowałam, tłumaczyłam ze słownikiem, bo niemieckiego nie znam, zmniejszałam wykroje, bo nosiłam wtedy 16 :)) – to nie jest angielski rozmiar, to krótkie 32! Kiedy moja córeczka pojawiła się na świecie, szyłam jej śliczne, kolorowe ciuszki, bo takich wtedy w sklepach nie było, a jak były, to zwyczajnie nie było mnie na nie stać. Potem przyszedł czas na Burdę i cudowną „Szafę przedszkolaka”. Tam dopiero były cuda! Wreszcie też zaczęto wydawać coś dla mnie, czyli „Małe kobietki” (tytuł uważam za nie trafiony) i z nich mam masę świetnych ubrań. Kiedyś Mama przypadkiem kupiła mi wydany przez Burdę „Podręcznik samodzielnego szycia” i jest to jedna z najważniejszych książek, jakie posiadam. Mimo że właściwie sporo umiem, przy szyciu się z nią nie rozstaję. Ostatnio właśnie urkye przekonała się, jaka jest dobra :). W zasadzie szyłam wszystko: od pościeli po kurtki zimowe i płaszcze na watolinie. A od półtora roku… nic. Bo teraz jest tylko decoupage :). Ale kiedy ostatnio po długim czasie przeglądałam stare Burdy (nowych już nie kupuję), to łezka w oku się zakręciła i może znów usiądę do maszyny (niestety, Pan Mąż nie znosi tego hałasu 😦 ).

Reasumując tę przydługą historię, aczkolwiek dla mnie niezwykle ważną, w szyciu początkująca nie jestem (zaczęłam, kiedy wielu z Was jeszcze na świecie nie było :D, no stara jestem, stara :P), ale zajmuję się tym wyłącznie amatorsko. Poza sobą, moimi dziećmi i parę razy Panem Mężem nikomu nic nie uszyłam. Jestem perfekcjonistką i nie czuję się na tyle pewnie, żeby komuś coś proponować. Szyję wyłącznie z gotowych wykrojów, dopasowując je do swojej sylwetki. Wszystkie uszyte przez siebie ubrania noszę (co nie znaczy, że wszystkie lubię), a w mojej szafie od zawsze ok.80% stanowią rzeczy uszyte własnoręcznie. Kiedyś prowadziłam statystykę swoich wyrobów, gdy doszłam kilka lat temu do 300, przerwałam spisywanie :). Więc trochę tego jest…

No to teraz trzeba coś na dowód :). Najbardziej lubię szyć spódnice, bo są łatwe i niewiele muszę przy nich zmieniać. Oto jedna z moich spódnic, wydaje mi się efektowna mimo swojej prostoty, czyli klasyczna elegancja. Wykrój pochodzi z Burdy 4/2005 model 108 B, rozmiar 36 z nieco poszerzoną talią :P.

Urkye pozwoliła mi na wykorzystanie swojego sposobu opisywania zalet i wad, więc korzystam, bo to dobry pomysł.

Zalety:

-prosty krój z pojedynczymi zaszewkami z przodu i z tyłu, łatwy do dopasowania,

-uwielbiam krój „syreny”- spódnice, które rozszerzają się w okolicy kolan,

– fajny materiał – chyba poliester (na ogół nie lubię), ale cienki, lekki, miły w dotyku, nie elektryzuje się, jednak trochę się gniecie; świetny kolor i wzór – bardzo stonowany i elegancki.

Wady:

– nie lubię spódnic z paskiem w talii, dla mnie są niewygodne i przez pewien „nadmiar” w tym miejscu źle w nich wyglądam, muszę wykładać bluzkę na wierzch, jak na zdjęciu 1.

– trudno dobrze wszyć podszewkę przy rozcięciu z przodu, żeby przy chodzeniu nie ciągnęła materiału, a jednocześnie nie „zaglądała” przez rozcięcie,

– prążki nie są łatwe do szycia w dodatku z falbaną z koła, trzeba trochę pokombinować, żeby w najważniejszych miejscach zgrać wzór.

Ale ogólnie jest ok, choć wstydzę się tak tu pokazywać ;).