Znowu weekend. Czemu tak szybko? Przecież dopiero był… W ogóle czemu tak szybko? Życie zaczyna być szalone, a my się temu poddajemy. I to szaleństwo rujnuje nam życie… Tyle na ten temat – wracam do całkiem spokojnego dłubania, bo to coś, czego nie muszę, nic od tego nie zależy, robię, bo lubię – i to jest piękne:). Ale niestety mam poczucie, że ktoś inny szaleje, żebym mogła sobie dłubać, co jednak nie do końca jest prawdą. Koniec.
Dopadła mnie lawenda i bardzo chciała, żebym ją polubiła. Nawet przez chwilę jej się udawało, ale jestem twarda i uparta. Nie i już!
Ze średnio udanych zmagań wyszła deseczka na zapiski. Myślałam, że będzie ładniejsza, choć po przyklejeniu karteczek ujdzie.



Drugie lawendowe dzieło powstało przez przypadek i teraz uważam, że przez całkiem korzystny przypadek, choć na początku nie byłam taka zadowolona z obrotu sprawy. Otóż pewna pani chciała, żebym zrobiła dla niej chustecznik z lawendą taki sam, jak na dołączonym przez nią zdjęciu. Zgodziłam się zrobić podobny, bo przecież tamten był cudzy i żeby nie tracić czasu, pomalowałam od razu całe pudełko na lawendowo (bo tak miało być). No i w tym momencie pani zmieniła zdanie i już nie chciała chustecznika z lawendą. I zostałam z fioletowym pudełkiem… Musiało trochę odstać, żebym ochłonęła i zrobiła to po swojemu. Ponieważ fioletowy kolor już był, postanowiłam zrobić shabby chic. Świecą „pojechałam” po całości, aczkolwiek delikatnie, pomalowałam na kremowo i przetarłam, na dole nakleiłam fragment serwetki z paseczkami z lawendą, a na górze z innej serwetki wycięłam gałązki lawendy i napis. Nawet udało się to w miarę gładko przykleić. Na koniec delikatna bawełniana koronka, na którą namówiła mnie moja pani z pasmanterii. Jest tak śliczna, że potem pobiegłam dokupić więcej na zapas:).




























