Z Kopernikiem w tle

Właściwie miałam napisać o tym na gorąco w poniedziałek, ale dobrze, że tego nie zrobiłam, bo należało trochę ochłonąć i na spokojnie podejść do tematu.

Otóż przy okazji zakupów w pobliskim centrum handlowym zauważyłam nowy sklep – galerię sztuki użytkowej. Na wystawie był zdekupażowany kufer. No to weszłam pooglądać. Decu było całkiem sporo – różne rzeczy, a wszystkie… takie same. Ja wiem, że każdy ma jakiś swój styl, często dobrze rozpoznawalny. Jak ktoś się czymś bardziej interesuje, zawsze łatwo  po stylu określi autora – ja tak mam: oglądam mnóstwo prac na różnych stronach i tych, których dobrze znam (a ten styl już mają), jestem w stanie rozpoznać. Kiedyś, gdy szyłam, oglądałam mnóstwo pokazów mody i rozpoznawałam kreacje wielkich krawców bez ich loga. Może kiedyś o tym napiszę… Ale własny styl absolutnie nie oznacza, że wszystkie prace są takie same, to raczej świadczy o ubogim warsztacie (tzn. umiejętnościach, a nie materiałach).

Ale wracając do sklepu – to decu, to po prostu masakra była: wszystko w jednym kolorze, wszystko jednoskładnikowcem po całości i na to niedokładnie wycięta serwetka – wzory różne. Pudełka w środku surowe, jeśli malowane, to bez lakierowania, spód pudełek też bez lakierowania, ale niestety pędzlem machnęło się przy lakierowaniu boków i pozostały wokół dna brzydkie lakierowane „obwódki”. Autorka na owych dziełach się nie podpisała, nie dziwię się, też bym się wstydziła. Spytałam na wszelki wypadek sprzedawczynię, czy to nie ona to stworzyła, ale dowiedziałam się, że to właścicielka zamawia u „artystki”. Nie skomentowałam tego, bo i po co, ale krew się we mnie wzburzyła. Ja rozumiem, że nie jest łatwo z tego wyżyć, że trzeba dużo i tanio (ceny były podobne jak w galerii internetowej, a sklep w takim miejscu pewnie ma niemałą marżę, więc „artystka” tak naprawdę dostaje grosze, o ile to w ogóle się sprzeda). Ale z drugiej strony to rzeczywiście nie ma różnicy między tym a chińszczyzną. Nie było w tym ani artyzmu, ani duszy. Potem klient jest przekonany, że decoupage to badziewie, bo tylko takie widział, i dziwi się, czemu tak drogo, choć tak naprawdę jest o wiele za tanio. Myślę też, że dużo szkody robi reklamowanie kursów decoupage jako nauki łatwej techniki dla każdego. Wiadomo – marketing, trzeba sprzedać, komu się da, bo z tego się żyje. I jasne, każdy może robić decu, tak jak każdy może narysować domek i drzewko, ale czy to już wystarczy, żeby te dzieła sprzedawać? Powiecie, że skoro ktoś to kupuje, to dlaczego nie. Racja. Już Kopernik powiedział, że zły pieniądz wypiera dobry. I to na tyle moich dzisiejszych rozważań.

A to coś, pod czym nie wstydziłam się podpisać. Bardzo żmudna robota, więc na razie nie planuję powtórki. Po raz pierwszy pierścienie do serwetek:

Miały być gotowe przed Bożym Narodzeniem, ale zabrakło mi pomysłu na wykończenie pudełka. Sama różyczka wyglądała smutno, a różne napisy zbyt masywnie. Po dwóch miesiącach myślenia wpadłam na pomysł z cieniutką złotą ramką i jednocześnie na złote pismo wewnątrz. I jeszcze jedno mogę powiedzieć – nienawidzę malowania (choć bardziej lakierowania) białych przedmiotów (czarnych też nie:))

Róże to wydruk starej pocztówki obrobiony do odpowiednich wymiarów. Pierścienie spękane Sottilem, złota porporina i werniks szklący Maimeri. Wyglądają jak z porcelany.

Zdjęcia kiepskie, bo ciągle zimę mamy:D

Leniwe deseczki

Deseczki pod kalendarz. Leniwe, bo oklejane po całości:) Takie ładne serwetki, że szkoda było ciąć. Może przy następnych się więcej wysilę:D

A w sobotę byliśmy z Panem Mężem na koncercie Edyty Geppert z zespołem Kroke. Wspaniała muzyka, niesamowity klimat. Naprawdę wielkie przeżycie… Nawet Pan Mąż powiedział, że to jeden z najlepszych koncertów, na jakim w życiu był (a był na wielu i to bardzo różnych).


Koniec męki:)

Może na pierwszy rzut oka ta szkatułka nie wygląda na wymęczoną, a powiedziałabym, że nawet na dość świeżą, ale praca nad nią trwała od września i naprawdę mam jej serdecznie dość. To jeden z takich przypadków, kiedy ma się jakiś pomysł, zaczyna się pracę, a potem w trakcie ma się wątpliwości, z każdym dniem większe, rozpoczynają się kombinacje: może to zmienić, może tamto inaczej, aż w końcu wraca się po długim czasie do początkowej koncepcji i okazuje się ona najlepszą. Tylko stracony czas nie wróci. I tu właśnie tak było. Kwiatki zostały wybrane, dół pudełka pomalowany laserunkowo na bakłażan, bo taki jest kolor jednego z kwiatków. Potem kombinacje z tłem, ale w końcu stanęło na przecieranym popielatym. Było pusto, więc po kolejnych kombinacjach zrobiłam niewyraźny stempelek z listem. Było lepiej, ale wciąż czegoś brakowało. Szukałam wśród moich szablonów jakiejś ramki czy chociaż narożników; już nawet odręcznie chciałam malować. Wszystko było zbyt duże i masywne, aż w końcu wpadłam na pomysł, żeby wykorzystać tylko fragment narożnika z szablonu – też w kolorze bakłażana. Na dole szkatułki początkowo miał być relief, potem zmieniłam zdanie, ale w końcu wróciłam do tej koncepcji, choć może teraz całość jest trochę przeładowana. Bez tego było jednak smętnie… Wybrałam bardzo delikatny szablon i umieściłam go tylko na rogach i przetarłam delikatnie rozwodnioną bakłażanową farbą, żeby delikatnie wtopił się w tło i nie zdominował całości. Na zakończenie samodzielnie! przybiłam zameczek.

szkatułka na biżuterię decoupage

szkatułka na biżuterię decoupage

No i pozostał jeszcze środek. Nie lubię, kiedy w środku pudełko pozostaje surowe lub jest tylko bejcowane. To taka niedokończona robota… To tak jak z bielizną – co z tego, że nie widać? Zawsze przyjemniej mieć ładną:)

Początkowo na klapce wewnątrz miał być mniejszy kwiatek, bo zwykle tak robię. Ale żeby być konsekwentnym, oznaczałoby to popielaty środek, a szara szkatułka byłaby po prostu okropnie smutna. I tu znowu czasu sporo zeszło mi na myśleniu. Jednakże podczas przypadkowej wizyty w sklepie papierniczym wpadł mi w ręce gruby, dwustronny papier do scrapbookingu w kolorze podobnym do pudełka. I to było to! Chciałam nim wykleić tylko dno, ale okazało się, że będzie świetnie wyglądał też na klapce. Oczywiście, trzeba było dokupić jeszcze jeden arkusz (za co bardzo dziękuję mojej córeczce:-*). Klejenie tego papieru okazało się dość trudne, bo potraktowałam go jak papier do decoupage’u – moczyłam, przykleiłam klejem do decu i polakierowałam. Mimo swej grubości rozmięka, robią się bąble, a na krawędziach odchodzi – trochę zabawy z tym było:(. Jednakże sądzę, że wklejenie papieru bez lakierowania, mogłoby bardzo ograniczyć jego trwałość, a wtedy szkatułka szybko zrobiłaby się brzydka w środku. No i teraz wygląda chyba elegancko:)

szkatułka na biżuterię decoupage

Dawno nie było muzyki. Dziś przy okazji wczorajszych urodzin Ewy Demarczyk moja ulubiona piosenka. Bo zielonooka jestem 😀


Prezenty

Sprawa nie najświeższa, ale dawno nie pisałam, więc ciągle nowa. W zeszłym tygodniu moja młodsza córka obchodziła urodziny i jeden z prezentów zrobiłam własnoręcznie. Moje dziecko bardzo lubi przedmioty stare, podniszczone i klimatyczne. Bardzo mnie to cieszy, bo to chyba u tak młodych osób dość rzadkie. Ale w końcu ona jest artystką:D. Zawsze podobał jej się u babci kalendarz ze zrywanymi kartkami i stwierdziła, że też taki chce. Sądziłam, że takich używają dziś tylko emeryci ze względu na sentyment. Ale z kupnem kalendarza nie ma problemu, tylko zawiesić go nie ma na czym. Trochę rozmaitych deseczek zrobiłam, ale to miało być coś absolutnie wyjątkowego, tylko dla niej:). Przede wszystkim miało wyglądać na stare. Moja córka ma jeszcze jedno wielkie marzenie: w przyszłości chciałaby mieszkać w Monte Carlo. Ale nie ze względu na kasyna, jachty, pieniądze i szpanerstwo – tam po prostu jest pięknie! Rozumiem ją, bo mnie się tam też bardzo podobało.

Czyż morze nie ma cudnego koloru?


Oprócz marzeń o Monte Carlo moja córka jest też fanką Formuły 1, a tamtejszy wyścig wzbudza zawsze najwięcej emocji. I tak z połączenia tych elementów powstała specjalna deseczka pod kalendarz:

Deseczka o oryginalnym kształcie została oklejona wydrukami starych plakatów z wyścigów w Monako, a potem spatynowana.

A tak się prezentuje na ścianie w towarzystwie niewielkiej części owczego stada:)

A ponieważ sama moja córeczka jest prezentem (ponieważ urodziła się w dniu moich imienin:D), ja też dostałam od niej prezent i też „hendmejdowy”:

Pomysł i wykonanie mojej córci, zawartość gotowa:), ale pyszna.

Tę etykietkę sama wymyśliła i zrobiła!

A ja zrobiłam jeszcze zapowiadany już prezent bez okazji dla starszej córki.

Nie dała sobie zrobić zdjęcia na ludziu, więc jest na płasko. Włóczka to gruby, puchaty akryl kupiony za grosze w rzymskim Lidlu, niestety już się mechaci. Druty nr 9, ścieg: ściągacz „półpatentowy”, tzn. z jednej strony (prawej) patent, a z drugiej zwykły pojedynczy. Wyszło 40 dag, bo włóczka była w paczkach i tyle musiało starczyć. Zostało mi pół metra nitki:). W sumie sweter mógłby być nieco większy.

Krój raglanowy, bardzo szybko się robiło, mało oczek:). Dekolt wyrabiany na okrągło, ze zbieraniem oczek i ta faza (nie byłam do niej przekonana) zabrała mi…2 miesiące (czekania). Ale jak już się pogodziłam z tym krojem, to zajęło ok. godziny:P

I jeszcze chciałabym serdecznie podziękować za wszystkie życzenia noworoczne! Życzę wszystkim samych radosnych chwil!

 

Kolorowo

Święta minęły szybko, jak zwykle zbyt szybko… Było miło, ciepło i domowo, czyli tak, jak lubimy najbardziej:). Prezenty super (przynajmniej moje), dużo nowego do słuchania.

A wczoraj byliśmy z Panem Mężem w kinie na fantastycznym filmie. „Wyjście przez sklep z pamiątkami” – świetny, coś dla nas, bo o ludziach z pasją, choć zupełnie (a może niezupełnie) inną. Polecam.

Dziś mniej miłe wydarzenie – po raz pierwszy musiałam złożyć na poczcie reklamację – zaginęła jedna z moich paczek, niestety, miał to być prezent gwiazdkowy, więc tym większa przykrość. I w dodatku był to pojedynczy egzemplarz, rzecz nie do odtworzenia. No smutno, nawet odszkodowanie nie jest w stanie zrekompensować tej straty. Może jeszcze jakimś cudownym zrządzeniem losu się odnajdzie…

A teraz przyjemniejsza część, czyli dekupażowe poczynania:). Te podkładki prawie zrobiłam we wrześniu, ale na ten „szyciowy” szlaczek czekały 3 miesiące! No cóż, czasem wena wysiada w Kutnie i idzie gdzieś;D

ręcznie zdobione podkładki decoupage

ręcznie zdobione podkładki decoupage

Pudełko i spód podkładek bejcowane na kasztan i lakierowane na półpołysk. Na środku podkładek spękania Country Style Stamperii kremowe na tle w kolorze starego złota, bardzo delikatne, bo dość cienko posmarowałam. Lakierowałam Deco Varnish Heat Resistant Dali, bo nie chciałam, żeby po poliuretanie zżółkły. Wyszły rustykalne i wesołe:)

ręcznie zdobione podkładki decoupage

A dla niewtajemniczonych, o co chodzi z tym Kutnem:)