A konkretnie chodzi o zodiak. Po długim czasie na zamówienie powstały kolejnenotesy ze znakami zodiaku.
Pierwszy miał być dla Skorpiona, w kolorach jesieni.
Na początku planowałam zrobić okładkę podobnie jak dla Lwa. Malowałam po kolei farbami: czerwoną, brązową, beżową, pomarańczową i mokrą farbę odciskałam na kartce papieru. Niestety, efekt mnie nie zadowolił. W ogóle nie było to podobne do tamtej okładki. I wtedy przypomniałam sobie, jak kiedyś malowałam brzegi lustra z Klimtem. Właśnie taki efekt chciałam osiągnąć. Wystarczyło wziąć foliowy woreczek, te same farby i naprzód!:)
Rezultat fajny, jeszcze trochę złota przemyciłam. Na koniec wylakierowałam na połysk.
Drugi notes, dla Strzelca, miał być zielony. No to jest.
W notesach zawsze należy wzmocnić grzbiet serwetką, gdyż sama farba szybko popękałaby na zgięciach. Miałam akurat ciemnozieloną serwetkę ze złotymi ornamentami i jej pasek przykleiłam na grzbiecie. Nawiązując do jej wzoru na reszcie okładki namalowałam szablonem złote arabeski.
Nadal mi czegoś tu brakowało i dodałam jeszcze seledynową pieczątkę z listem. Może trochę za dużo tego?
Notes również wylakierowany na połysk.
A na koniec megagwiazda. Jak zwykle nie mogłam się oprzeć:)
Pozostało mi do pokazania jeszcze kilka deseczek pod kalendarz, które powstały już dość dawno, a jakoś nie było okazji ich przedstawić;) Właściwie okazja by się znalazła, tylko chęci zabrakło. Zmobilizowałam się, ale nie mam złudzeń, że długo wytrwam w tym stanie;)
Oto deseczka kocia. Nieco podobna była parę lat temu.
Tym razem tło jest kremowe, a główny kotek rudy. Całość wyglądała dość pusto, więc wymyśliłam przecierane szarawe romby z szablonu. Nie jestem przekonana, czy to najlepszy pomysł, ale wygląda lepiej niż bez niczego;)
Deseczkę wykończyłam supermatowym lakierem w spray’u i prezentuje się dobrze.
Kolejna jest bardzo delikatna i romantyczna. Z czerwonymi różyczkami.
Tło w kolorze ecru, nieco przybrudzone ciemniejszą farbą. Serwetka urocza, pięknie wtopiła się w tło.
Również wykończona lakierem matowym, ale takim zwykłym.
Następne dwie były eksperymentami, ale wydaje mi się, że dość udanymi.
Na początku pobawiłam się solami patynującymi. Postawiłam na miedź.
Nie jest to aż takie łatwe, jeśli chce się osiągnąć określony efekt. To nie był mój pierwszy raz – najpierw poćwiczyłam na plastikowym odświeżaczu powietrza:) Trochę poprawek wymagał, może kiedyś go pokażę. Tutaj było nieco lepiej, choć też nie udało się tak od razu.
Zdjęcia, niestety, nie oddają w pełni efektu, w rzeczywistości wygląda to całkiem fajnie. Kolejne pomysły przychodziły dość spontanicznie i były mocno rozciągnięte w czasie;) Wzdłuż brzegów deseczki bezbarwną konturówką zrobiłam małe kropki. Miały imitować nity czy gwoździe, ale może to już było zbędne. Pozostał jeszcze problem ze wzorem, który by się ładnie prezentował na takim tle. Powinien być raczej delikatny i stonowany, gdyż tło jest bardzo wyraziste. Mój wybór padł na białe róże z papieru klasycznego Calamboura. Po zabezpieczeniu miedzianej patyny specjalnym lakierem, całość wykończyłam zwykłym na mat.
A następna deseczka ma imitację betonu. Kupiłam taką farbę i zaszalałam:)
Farbę bardzo łatwo rozprowadza się szpachelką. Wygląda zupełnie jak beton, całkiem szybko schnie. Żeby deseczka bardziej kojarzyła się ze ścianą, za pomocą szablonu i szpachlówki zrobiłam na górze i na dole wzór cegiełek, który tepując pomalowałam na różne odcienie czerwieni.
Na to jeszcze przykleiłam wzór gałązek bluszczu z papieru klasycznego Calamboura. Krawędzie i brzegi niektórych liści i cegiełek musnęłam ciemniejszą szarą farbą, aby dodać im głębi. Chyba wyszło całkiem fajnie:)
Deseczka ma bardzo wyraźną fakturę. Polakierowałam na mat.
No i nie mogłam sobie odmówić;))) Byłam, widziałam, choć nie w tym miejscu:D
Nazbierało mi się sporo zaległych deseczek pod kalendarz. O niektórych już prawie zapomniałam;)
Najprostsza, w stylu holenderskiej porcelany. Niebieski wzór kwiatowy na białym tle.
Trochę zabrakło mi pomysłu na tę deseczkę, ale w sumie taka minimalistyczna jest całkiem stylowa;)
To bardzo ładna serwetka z delikatnym wzorem. Całość lakierowana na mat.
Kolejna powstała dość spontanicznie i rezultat jest zadowalający;D
Tu napracowałam się więcej – klasyczny shabby chic: białe na fioletowym, delikatnie przetarte.
Wykorzystałam bukieciki fiołków z dwóch różnych serwetek. Niektóre płatki maznęłam złotą farbą. Lakierowałam na mat.
W następnej wykorzystałam papier klasyczny Decomanii. Już od dawna chodziły za mną te kwiatki:) Są całkiem ładne, choć mają wiele drobnych elementów i trudno je wycinać.
Tło jest w kolorze caffe late. Dodałam jeszcze złote wzory z szablonu i z pieczątek.
Nie ma tu żadnych przecierań, cieniowań ani postarzania. Lakierowana na półpołysk.
W tej też wykorzystałam papier klasyczny Decomanii: białe róże z bratkami.
Tym razem tło jest w kolorze gołębim z biało-szarymi ornamentami malowanymi szablonem.
Deseczka lakierowana na półpołysk. Również nie ma tu postarzeń, przecierań i cieniowań. Taka nowiutka;)))
To tyle deseczek archiwalnych, a są i całkiem świeże:) O nich przy następnej okazji.
Kilka miesięcy temu pracowałam nad dużym projektem. Komplet obejmował aż 6 przedmiotów: chlebak, solniczkę, zegar, młynki do soli i pieprzu oraz chustecznik. Miał pasować do stylowej kuchni z podobnymi wzorami i kolorami. Wybór padł na sielankowe scenki w kolorze granatowym. Ponieważ na każdej serwetce były tylko 4 różne wzory: 2 duże i 2 małe, musiałam je pociąć na jeszcze mniejsze i zestawiać w różnych konfiguracjach, aby wydawało się, że jest ich więcej. Nie chciałam jednak umieszczać ich zbyt gęsto, bo mimo tylko dwóch kolorów wyglądałoby pstrokato. A wyszło tak:
Chlebak jest duży i wyszedł całkiem ładnie. Zresztą chlebaki zwykle ładnie wychodzą, ale dużo przy nich pracy (to szlifowanie!):)
Wszystkie przedmioty mają tło w kolorze ecru, lakierowane są na półpołysk (zgodnie z życzeniem), choć wydaje mi się, że w tym przypadku mat wyglądałby lepiej.
Niestety, okazało się, że efektowne serwetki są jednocześnie bardzo słabej jakości i pod wpływem kleju druk się rozpływa i brudzi tło. Ile się namęczyłam, żeby to potem usunąć! A i tak do końca się nie udało:(
Najbardziej jestem zadowolona z młynków. Uważam, że wyszły uroczo;)) Mają 24 cm wysokości.
Na koniec jeszcze zegar z MDF o średnicy 40 cm. Nie chciałam oklejać całego wzorem, bo obawiałam się, że trudno będzie odczytać godzinę. Za to wymieniłam oryginalne wskazówki na dłuższe i jest zdecydowanie lepiej:) Sporo zabawy było z umieszczeniem cyfr we właściwych miejscach, bo nie mam tak dużego szablonu, więc cyfry są transferem wydruku. Jakoś transfery mi nie leżą;((
A na koniec oczywiście Sting i przepiękna, poruszająca piosenka:
Dzisiaj chciałam podzielić się swoimi refleksjami z piątkowego koncertu Johna Mayalla. Szczerze mówiąc, początkowo byłam nawet sceptycznie nastawiona do samego pomysłu. Spodziewałam się raczej, że będzie nudno i męcząco. Muzyka świetna – z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale… John Mayall ma 84 lata.
I rzeczywiście na scenę wyszedł z lekkim trudem „mocno” starszy człowiek. A potem… przez prawie 2 godziny uśmiech nie schodził mi z twarzy, nogi same podskakiwały i patrzyłam z zachwytem. Artysta śpiewał, grał na klawiszach, gitarze i harmonijce ustnej (genialne!). Nie było żadnej przerwy, ani razu nie wychodził „na tlen” (jak dużo młodszy Rod Stewart), a zaraz po zejściu ze sceny podpisywał płyty na korytarzu (przed samym koncertem również).
Poza samą muzyką mój zachwyt wzbudziła jego niesamowita energia. I tak właśnie sobie myślałam: jest w wieku naszych rodziców; z pewnością, zwłaszcza w młodości, nie prowadził „sportowego” trybu życia; obecnie koncertuje prawie codziennie w innym mieście. Ja chyba nie miałabym siły na jeden taki koncert, o rodzicach nawet nie wspominam. A ile radości było w tym graniu! Czy to pasji zawdzięcza tyle siły? Kocham ludzi z pasją:)
Znalazłam w sieci nagranie z tego koncertu – niezbyt dobre, ale oddające ducha. No i nawet podczas oglądania tego kawałka uśmiecham się i nóżka sama chodzi:DDD