Moje młodsze dziecko za chwilę wraca znad morza i musiałam w szybkim tempie wyprowadzić się z jej pokoju. Przez kilkanaście dni miałam pracownię:). No nie taką, jaka mi się marzy, bo wszystkie moje rupiecie porozrzucane były, gdzie się dało, ale przynajmniej nie musiałam sprzątać całego kramu przed każdym posiłkiem (bo normalnie pracuję na stole w jadalni). Niestety, nie wykorzystałam tej komfortowej sytuacji maksymalnie, ale parę rzeczy powstało:).
Wróciłam do tematu wizytowników. Motywy już były, ale inaczej. Teraz w wersji zdecydowanie damskiej.
Następny też miał być minimalistyczny, podobny do tego szaro-waniliowego, ale beżowo-brązowy. Ta serwetka podobała mi się od bardzo dawna i wreszcie znalazła zastosowanie.
Drugi to mój faworyt, choć wymagał ode mnie najdłuższej „pracy umysłowej”. Miał być w stylu chustecznika Lidzi (z powojami) lub kuferka w kolorze kremowo – granatowym, do sypialni. Niestety, nie ma zbyt wielu motywów granatowych, a cały chustecznik malowany na granat uważałam za zbyt ponury do sypialni. Zdecydowałam się na coś takiego, a pomysł z cieniowanym tłem i szablonem zgapiłam stąd. Myślę, że to bardzo udane połączenie. Lakierowany na głęboki mat.
Nowa właścicielka na razie widziała tylko zdjęcia, mam nadzieję, że i w realu jej się spodobają.
Właśnie u mnie śpiewa Enya, więc zapraszam do wspólnego posłuchania:)
Dawno nie było chusteczników, początkowo podstawowych moich wytworów:). No to teraz trochę hurtowo. Miałam ostatnio zamówienia na taki sprzęt. Pierwszy miał pasować do brzozowo – mahoniowego pokoju starszych osób. Ponieważ właściciele cenią minimalizm, zdecydowałam się na taką wersję:
Mahoniową bejcę zrobiłam sama mieszając teak z wiśnią:). Całość mocno przetarłam, krawędzie lekko patynowałam. Kokardka jest malutka, bo wstążeczkę kupowałam „na oko” i oczywiście okazało się, że za mało. Jakieś 2 cm:P. Zabrakło mi na „poprzeczkę” i przyszyłam koralik:).
I jeszcze jeden. Ten też miał być raczej minimalistyczny biało – szaro – niebieski. Ponieważ byłam świeżo po dekorowaniu kuferka na nici (który nieskromnie:P uważam za bardzo udany) i w trakcie notesu muzycznego, zainspirowałam się tymi rzeczami i wyszło trochę podobnie.
Białe linie malowałam ręcznie, miały symbolizować pięciolinię, a kwiatki – nuty:)
Oba chusteczniki lakierowane na półpołysk.
Jeszcze musi być muzycznie:). Dziś na poważnie – uwielbiam tę arię i ten głos.
Zapraszam dziś do ogrodu na herbatkę i pyszne muffinki. Zrobiłam je po raz pierwszy i na pewno nie ostatni. Do tej pory piekłam gruszkowo – imbirowe, dziś jabłkowo – cynamonowe. Równie pyszne. Muffinki to doskonały wynalazek, takie proste i szybkie:).
Potrzeba:
2 jabłka,
280 g mąki,
2 łyżeczki mielonego cynamonu,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
pół łyżeczki sody,
szczypta soli,
1 jajko,
110 g cukru,
80 ml oleju,
200 g maślanki,
125 ml soku jabłkowego.
Piekarnik nagrzać do 180o C, przygotować foremki do muffinek. Jabłka obrać, pokroić w kosteczkę. Mąkę wymieszać z jabłkami, cynamonem, proszkiem do pieczenia, sodą i solą. Do roztrzepanego jajka dodać 80 g cukru, olej, maślankę i sok jabłkowy, dobrze wymieszać. Wlać płynne składniki do sypkich i wymieszać łyżką, aby wszystko stało się wilgotne, ale” grudkowate”. Napełnić foremki ciastem do 3/4 wysokości. Piec ok. 25 minut, wyjąć z piekarnika i posypać pozostałym cukrem, odstawić do ostygnięcia.
To niby porcja na 12 sztuk, ale mnie wyszły aż 22:).
No to zapraszam na herbatkę:D
Ostatnio z muzyką pojechałam trochę po bandzie:D, ale od dawna to za mną chodziło i musiałam:)). Dziś będzie za to bardzo, bardzo delikatnie. Stinga uwielbiam od zawsze, mam słabość do takich głosów:).
To było naprawdę trudne i sporo się nagłowiłam, zanim wpadłam na ten pomysł. Ale bardzo ciekawe doświadczenie, bo to coś całkiem odmiennego od rzeczy, z którymi miałam do tej pory do czynienia. Miałam wykonać komplet podkładek dla młodego mężczyzny interesującego się motoryzacją i zafascynowanego Ameryką. Na podkładkach miały znaleźć się konkretne samochody. Sposób wykonania był dowolny. Oto co wykombinowałam:
Zdjęcia przerobiłam do podobnej wielkości i wydrukowałam, podobnie loga i dokładnie wycięłam. Największy problem sprawiło mi tło – miałam różne koncepcje, ale ostatecznie zdecydowałam się podrzeć stary The Wall Street Journal. Tło jest szare, mocno spryskane czarną farbą, przez co wygląda trochę jak z kamienia.
Po drugiej stronie nakleiłam rozjaśnioną flagę amerykańską. Początkowo to na jej tle miały być samochody, ale to nie wyglądało dobrze, więc zmieniłam koncepcję.
Boki jeszcze przetarłam i lekko spatynowałam, żeby wyglądały na stare, a pudełko pobejcowałam na grafit. Zabezpieczyłam je z obu stron lakierem poliuretanowym matowym, dzięki czemu można ich używać, jak się chce:).
No to i muzyka będzie dziś bardziej „męska”:). Przy okazji pewna śmieszna historia z nią związana. W czasach licealnych wzdychałam po kryjomu do pewnego osobnika płci przeciwnej, który uwielbiał Deep Purple. Ponieważ kobiety wiele z miłości potrafią zrobić, nagrałam sobie z radia całą dyskografię tego zespołu (na magnetofon szpulowy wówczas). Pewnego dnia ów młody człowiek potrzebował książki, którą akurat ja miałam:). No i zapowiedział się z wizytą. A ja byłam przygotowana:) – dzwonek do drzwi, a jak myk… Child in Time; oczywiście od połowy, że ja niby tak akurat słuchałam. Czy się udało? Jasne! I nigdy nie zorientował się w podstępie:D. Ten osobnik to mój Pan Mąż:))), więc warto było. A tę muzykę lubię naprawdę. Dziś mniej znany kawałek (dla nie-fanów), który spodobał mi się od pierwszego słuchania. Warto posłuchać, genialne solówki, dziś już tak nie grają:)