Uwielbiam tę technikę haftu. Jest bardzo pracochłonna, ale efekt nagradza te wszystkie godziny, dni, miesiące. Spodobał mi się od pierwszego wejrzenia – ta delikatność koronki… Zaczęłam od igielnika. Ciągle go używam, ale nie pokażę, bo ma już ze 14 lat i jest „niewyjściowy”. Potem zrobiłam sobie takie rustykalne koronkowe taśmy pod półki z przyprawami, ale teraz mam już inną kuchnię i nie pasują. A później nabrałam rozpędu. Jak zawsze – wszystko robię po swojemu. Nigdy do tej pory nie haftowałam na specjalnej tkaninie do hardangera. Na początku (kilkanaście lat temu) nie można jej było u nas kupić. Poza tym ma ona dość gruby splot – idealnie równy, ale zbyt gruby. Rzeczywiście nadaje się zgodnie z zaleceniami do wyszywania kordonkiem nr 3 i 5. Ale ja lubię delikatność i tracę wzrok nad cienkimi tkaninami. Kupuję len jak najrówniej tkany. Trochę to wymaga szukania, ale udaje się. Haftuję zawsze kordonkiem nr 8. No i wbrew najczęstszym propozycjom w żurnalach, nigdy nie wyszywam na białym (ale się nie zarzekam, to bardzo elegancka wersja). Jednakże zawsze nici są w kolorze tkaniny. Nie lubię tu kontrastów, według mnie burzą tę lekkość koronki.
Najpierw moja zazdrostka, którą wyhaftowałam 13 lat temu do mojej poprzedniej kuchni. Praca trwała (oczywiście z przerwami) 9 miesięcy, ale warto było. W nowym mieszkaniu mam większe okno w kuchni (i inną kolorystykę), a żal było ją wyrzucić (tyle pracy!), więc znalazłam jej inne miejsce: w łazience. Wygląda super i choć już spłowiała od słońca, nie zamierzam jeszcze jej się pozbywać. Może z zewnątrz nie pasuje do nowoczesności bloku, ale takiego okna nikt tu nie ma:-)



A potem poszłam za ciosem. Jeszcze w starym mieszkaniu potrzebna mi była żaluzja do tego okna, bo było od strony południowo-zachodniej. Nie chciałam zasłaniać mojej zazdrostki czymkolwiek, więc wymyśliłam roletę. Pomysł jest mój, choć wzór powtórzyłam z zazdrostki. To kolejne 9 miesięcy pracy. Obie rzeczy wiszą w mojej obecnej łazience.

Póżniej wyhaftowałam jeszcze małą serwetkę świąteczną, którą używam do koszyczka z chlebem (jeśli stół jest w kolorze biało-czerwono-złotym), a do tego dla każdego czerwona lniana serwetka z wyszytą hardangerem złotą nitką małą choinką – nie zrobiłam zdjęcia:-(

A na koniec moje ostatnie dzieło w tej technice – wielki obrus 220 x 160 cm. Oczywiście liliowy, długo szukałam, aż udało mi się kupić w miarę równo tkany len w tym kolorze. Haft jest tylko na środku, bo nie miało być „na bogato”. Wokół podłożenia wyszyłam mereżkę. Kupiłam jeszcze trochę tego lnu i zamierzam kiedyś wyhaftować prostokątne serwetki pod talerz (jak nie kładę obrusa), ale nie mam czasu – kiedyś się wezmę:-)


