Bakłażanowy sweter

Pooglądałam trochę blogi robótkowe i teraz zastanawiam się, czy w ogóle pokazywać jakieś moje swetry. Z czym do ludzi? Takie jakieś zwykłe mi się wydają:-(. Ale co tam…

Ten sweter wymyśliłam sama. Inspiracją był pokaz mody Valentino (uwielbiam go, ale o tym kiedy indziej). Właśnie coś podobnego tam zobaczyłam, choć w innym kolorze. Ale za tym właśnie bakłażanowym kolorem przepadam, więc bardzo ucieszyłam się, kiedy taką włóczkę dostałam. Już nie pamiętam, co to było, ale na pewno jakaś polska. Świetnie się nią robiło, a i w noszeniu, i praniu nic się nie dzieje. Sweter jest robiony dżersejem, dopasowany w talii, z rozszerzanymi rękawami wykończonymi szydełkowanymi wachlarzykami. Dół (bez ściągacza) obszydełkowałam oczkami ścisłymi. Dekolt z „pęknięciem”, też obszydełkowany, ale „kratkami” i przez nie wciągnęłam satynową wstążkę wiązaną na kokardę (nie trzeba rozwiązywać, głowa swobodnie przechodzi:). Bardzo go lubię, szczególnie fajnie wygląda z białą bluzką.

Druciane gadu-gadu

Na drutach nauczyła mnie robić żona mojego dziadka – Angielka, kiedy miałam niecałe 11 lat. Oczywiście po angielsku. Sposobem, nie w języku (choć też). Kto oglądał angielskie filmy (może amerykańskie też – nie pamiętam), ten wie. Po angielsku robiłam aż do czasu studiów wzbudzając powszechne zdziwienie. Potem już sama nauczyłam się „po naszemu” i tak robię do dziś. Ale moją córkę nauczyłam po angielsku (zbiera pluszowe owieczki i na zimę musiała im zrobić szaliki – każdy inny), bo uważam, że dla początkujących to łatwiejszy sposób.

W szóstej klasie na ZPT robiłyśmy sweter na drutach. Koleżankom robiły mamy i babcie, a moja nie umiała i musiałam poradzić sobie sama. Kilka rzędów wydziergał mi …mój tato. Zrobił tak równiutko, że od razu było widać, że to nie ja. Ale sweter wyszedł całkiem niezły i nie było nawet wstyd ludziom się w nim pokazać. Tak mi się to spodobało, że kiedy powiedziałam, że chciałabym jeszcze, następnego dnia tato wrócił z pracy z książką „Nowe sploty” ze wzorami i modelami  na druty. Mam ją do dziś. W liceum sporo dziergałam prześcigając się w pomysłach z dwiema koleżankami. Robiłam swetry, kamizelki, szale, czapki, skarpetki, rękawiczki z jednym palcem i z pięcioma, spódnice, sukienkę, a dużo później serwety na okrągłym drucie. W czasie studiów często dziergałam w pociągu, żeby nie marnować czasu i pamiętam, jaką sensację wzbudziłam wśród współpasażerek, kiedy robiłam skomplikowane warkocze na dwóch drutach zapasowych jednocześnie:-)))

Teraz robię mało, bo dzieci rzadko coś zamawiają, a ja mam już tego sporo. Jednak od czasu do czasu coś tam z przyjemnością wydziergam. Żałuję, że większość z moich dzieł albo już nie istnieje (sprułam), albo gdzieś oddałam (za małe po dzieciach). Do głowy mi nie przyszło, żeby zrobić zdjęcie. Zresztą nie miałam wtedy odpowiedniego aparatu. Teraz jestem zapobiegliwa i pstrykam na okrągło.

Tydzień temu skończyłam dla młodszej córki sweter z SABRINY. Prościutki, ale taki sobie wybrała, trochę go zmodyfikowałam.

Nie posiadam manekinu, więc muszę pokazywać „na płasko”, bo ludziowych fotek to nie chcę. Może znajdę zdjęcia małych dzieci w sweterkach, to zeskanuję. Inne swetry wyszły za ciemno, muszę jeszcze nad nimi popracować, więc będą innym razem.

Za to mam druciane serwety. Niewiele, ale umiem. Zresztą teraz okrągłe już mi się na nic nie przydadzą.